Mateusz Połuszańczyk: Grupowa faza Ligi Europy… Tak, chyba u cioci na imieninach. Życzę ekstraklasowym włodarzom, żeby chociaż tam dotarli | Futbol - Piłka nożna
Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ

Mateusz Połuszańczyk: Grupowa faza Ligi Europy… Tak, chyba u cioci na imieninach. Życzę ekstraklasowym włodarzom, żeby chociaż tam dotarli

Dodał: Grzegorz Sawicki
Data dodania: 24-08-2019 11:30
Mateusz Połuszańczyk: Grupowa faza Ligi Europy… Tak, chyba u cioci na imieninach. Życzę ekstraklasowym włodarzom, żeby chociaż tam dotarli

Dziennikarz sportowy, Mateusz Połuszańczyk udzielił naszemu portalowi wypowiedzi odnośnie szkolenia w polskiej piłce.     

Mateusz to człowiek-orkiestra, dziennikarz sportowy i nie tylko, publikujący na kilku portalach. Piłka nożna i jej problemy są mu bardzo bliskie. Z racji tego, że łaczą nas przyjacielskie relacje, postanowiłem zapytać go co sądzi na temat szkolenia młodzieży w Polsce. Zdanie mamy podobne, bardzo krytyczne zresztą. Nasza rozmowa odbyła się kilka dni temu, a z jej publikacją poczekałem do dziś. Posłuchajmy Mateusza Połuszańczyka.

"Poszliśmy za przykładem wielkich europejskich firm, typu Ajax Amsterdam czy słynna dawniej szkółka PSG, których akademie piłkarskie rzeczywiście są/były kuźniami talentów, ale nie wykuwa się tam talentów, tylko nadaje się kształtu oraz charakteru utalentowanym młodym zawodnikom. Sens działań akademii na naszym krajowym podwórku jest prosty: trenujemy od dzieciaka, a w miarę gotowych nastolatków wyprzedajemy klubom zagranicznym. I tutaj pojawia się nonsens tego sensu, ponieważ o ile chęć zarobienia na perspektywicznym graczu zrozumieć można, o tyle inwestowanie pieniędzy z jego sprzedaży w gościa napotkanego na poziomie czwartej ligi hiszpańskiej, króla asyst rozgrywek ligi litewskiej sprzed jedenastu lat, albo biegającego po słowackim klepisku ultra ofensywnego przez kwadrans każdego meczu lewego obrońcy przechodzi ludzkie pojęcie. Zamiast stawiać na rozwój własnych perełek – lub czynić z nich perełki – próbujemy się ich pozbyć zbyt szybko, na siłę. Nie zawsze z korzyścią dla piłkarza, nie zawsze dla klubu.

Jeżeli już chcemy iść w ślad za europejskim futbolem, to daleko szukać nie trzeba. Wystarczy zajrzeć do naszych zachodnich sąsiadów i wziąć pod lupę historię Mario Goetze. Pomijając urazy i późniejsze trudności z przebiciem się do wyjściowej jedenastki Bayernu Monachium, „Super Mario” zadebiutował na najwyższym szczeblu niemieckiej piłki klubowej, w barwach Borussii Dortmund, mając siedemnaście lat. U nas raz na jakiś czas któryś z trenerów zaryzykuje wprowadzenie nastolatka i da mu szansę debiutu w Ekstraklasie. Gdy ten pokaże się z dobrej strony, całe środowisko z miejsca robi z niego bohatera, natomiast przedstawiciele mediów od razu umieszczają go w seniorskiej reprezentacji kraju. Na drugi dzień puszczają famę, że spotkanie zaszczycili swoją obecnością skauci Arsenalu Londyn, Feyenoordu Rotterdam i nie wiadomo jeszcze jakiego – że tak się wyrażę językiem dziennikarskim – potentata. I przyjechali, bo jakżeby inaczej, obserwować tego młokosa. Nagonka trwa. Teraz wystarczy rzucić okiem, gdzie jest futbol niemiecki w wydaniu ligowym na arenie europejskiej, a gdzie znajdują się „pucharowicze” z Polski. Przepaść. A potem olbrzymie zdziwienie, że mistrz naszego kraju odpada z rywalizacji o Champions League z najsłabszym od lat BATE Borysów, następnie ponosi porażkę z ogórkowym Riga FC.

Inne drużyny podzielają ich smutny los w eliminacjach Ligi Europy, zaś warszawska Legia wprawdzie rezultatem ratuje nieco honor polskiego futbolu, ale przeżywając okropne męczarnie. Dodatkowo swoją grą skazują kibiców na biczowanie. Jedni sympatycy zaczynają sięgać po alkohol, jeszcze inni po mocniejsze używki, pozostali nie mogą nawet rzucić się w szpony nałogu, bo stracili wzrok od oglądania tych paralitycznych popisów. Piłkarze wyglądali, jakby sami siebie pod pachą nieśli. I nie nawzajem, ale każdy z osobna. Siebie. Zaraz ktoś alarmującym tonem wrzaśnie, że prezes PZPN, Zbigniew Boniek, umywa ręce. Zgoda, często zasłania się wynikami kadry narodowej, lecz ma do tego prawo. Zresztą, ostatnio powiedział niezwykle istotne słowa, cytuję: „Najlepsze szkolenie młodzieży to gra od rana do wieczora, kiwanie wszystkich i strzelanie z każdej pozycji. Te trzy rzeczy to fundament, ale dziś podwórka są puste i dlatego w ogóle trzeba się szkoleniem młodzieży zajmować. Kiedyś do klubów szli gotowi zawodnicy z podwórka, a dziś trafiają dzieci, które nie wiedzą, co to jest podwórko”.

Tytułem puenty oparów absurdu, w których przyszło nam się krztusić – polskie szkółki futbolowe są na dobrej drodze. Jedynej słusznej, jeżeli pragną całkowitej autodestrukcji poprzez wyprzedaż garażową kopanej klubowej. Patrząc na tę sytuację okiem kibica, nigdy nie zapisałbym swojego syna do żadnej akademii piłki nożnej w naszym kraju, aczkolwiek może do „Akademii Pana Kleksa”. Zabawa równie przednia, co deklaracje i zapowiedzi walki polskich zespołów o fazę grupową LE. Grupowa faza… Tak, chyba u cioci na imieninach. Życzę ekstraklasowym włodarzom, żeby chociaż tam dotarli."

Nie przerywałem Mateuszowi  pytaniami, gdyż po prostu było to zbędne.

                                                                           Grzegorz Sawicki

Publikacje Mateusza Połuszańczyka można znaleźć w magazynie "Loża".

TAGI

Inne artykuły