Do 16-ego roku życia nie wiedział czym jest Liga Mistrzów. Marcelo jakiego nie znacie. "Szczęśliwy jak sam skur***"

Dodał: as
Data dodania: 08-09-2017 17:11

Brazylijczyk Marcelo na łamach platformy „The Players' Tribune” opublikował poruszający list, w którym opowiedział o swojej przeszłości. Jeden z najlepszych lewych obrońców na świecie wyznał, że do 16-ego roku życia nie wiedział czym jest piłkarska Liga Mistrzów, a wszystko co osiągnął zawdzięcza swojemu dziadkowi.

Od czego mogę zacząć? Chciałbym opowiedzieć Wam historię, jak mój dziadek zmienił całe moje życie. Pragnę również powiedzieć o Ronaldo, Romario wiszącym z samolotu i o pomarańczowym Volkswagenie. Mamy sobie sporo do powiedzenia. Zacznijmy więc od sprawy związanej z pewnym zapachem…

Można powiedzieć, że to jedna z pierwszych rzeczy, które pamiętam ze swojego życia. W wieku około sześciu lat, w okresie wakacyjnym, mimo wolnego od szkoły, praktycznie codziennie wstawałem o 7:30 i szedłem każdego na plażę Botafogo ze swoją piłką pod pachą. To było w Rio, skąd pochodzą wszyscy najlepsi piłkarze.

Przy plaży znajdował się park z boiskiem do futsalu, na którym zawsze zbierała się grupka dzieciaków. Oprócz nich, za każdym razem pojawiał się ten sam stary facet, krzyczący do ludzi parkujących swoje samochody: „Jeden dolar! Jeden dolar! Jeden dolar!”. Gdybyś zapłacił, on „ochraniałby” twój samochód za dolara. Pamiętam jak brzmiał jego głos, ale najlepiej pamiętam zapach ziemi. Była tam bowiem zepsuta rura ściekowa, które wylewała brudną wodę na jedną część boiska, zamieniając ją w bagno. Więc każdego ranka, gdy szedłem do parku, czułem ten zapach… o człowieku!

Boisko znajdowało się na terenie fanatyków klubu Botafogo. W niektóre dni, gdy się tam pojawiałem, przejmowali je, więc musiałem kopać sam ze sobą, obok placu gry. Innym razem, gdy przychodziłem, nie grał tam zupełnie nikt. To jednak nie miało znaczenia - mały Marcelito był tam każdego dnia. Wspomnienie tego zapachu zapadło mi głęboko w pamięci. Tak samo mam z uczuciem posiadania piłki przy nodze. Zdałem sobie sprawę z czegoś, co nadal pozostaje dla mnie prawdziwe. Kiedy masz futbolówkę przy nodze, nie możesz się złościć. Nawet nie potrzebujesz, aby ludzie nią grali. Wszystko rozchodzi się o samą piłkę.

W to samo lato, w Ameryce odbywały się mistrzostwa świata w 1994 roku. Z tej okazji, w Brazylii tuż przed rozpoczęciem imprezy, wszyscy malowali murale. Wszystko wokół nabierało zielonych, niebieskich i żółtych barw. Ulice, płoty, ściany, twarze ludzi. To wyjątkowe wspomnienie dla każdego dziecka w Brazylii. Niedawno czytałem historię Ronaldo, w której wspominał, jak wychodził na ulice przed mundialem w 1982 roku i pomagał malować mural z podobizną Zico.

Wiesz co, Ronaldo? Jeśli to czytasz, to gdy miałem sześć lat, ja wraz z moimi przyjaciółmi malowaliśmy twoją twarz na naszej ulicy. Byłeś naszym bohaterem! To wspomnienie naprawdę utkwiło w mym sercu.

To zabawne, co zapamiętujesz ze swojego życia. Nie pamiętam wiele z oglądania Brazylii wygrywającej finał. To wszystko jest jakby za mgłą. Mam jednak bardzo wyraźnie wspomnienie o jednym, konkretnym zdjęciu, które znalazło się okładce lokalnej gazety. Drużyna narodowa właśnie przyleciała do domu, a Romario dosłownie zwisał z przedniej szyby w kokpicie samolotu, w tym samym czasie machając wielką brazylijską flagą. Wyglądał tak, jakby właśnie podbił dla nas świat. Pamiętam jak oglądałem to zdjęcie. Do tego to czucie, że moje serce zaraz eksploduje z dumy. Myślałem sobie: „Mój Boże, muszę to zrobić pewnego dnia”.

Pod kilkoma względami było to oczywiście dość absurdalne marzenie. Po pierwsze w Brazylii mieszka aż dwieście milionów ludzi, z czego większość chce być piłkarzami. Po drugie nie byłem wówczas nawet zawodnikiem. Grałem jedynie w futsal w lokalnym klubie, gdzie graliśmy po pięciu. Podróżowanie w poszukiwaniu zespołu piłkarskiego nie było zbyt realne w przypadku mojej rodziny. Pewnie ludzie w Ameryce lub Anglii mogą tego nie rozumieć, ale paliwo w Brazylii, zwłaszcza za czasów mojego dzieciństwa, było bardzo, bardzo drogie.

Na szczęście, mój dziadek był gotów poświęcić dla mnie wszystko. On jest najważniejszą osobą w mojej całej historii. Jeśli chcecie go sobie wyobrazić, to... był kimś. Zawsze nosił okulary przeciwsłoneczne i używał wyjątkowego stwierdzenia, które mógł w kółko powtarzać w gronie swoich przyjaciół. Jakby to przetłumaczyć…? Dziadek mawiał: „Do diabła, spójrzcie na mnie! Nie mam nawet dolara w kieszeni, ale jestem szczęśliwy jak skur***”.

Na treningi futsalu woził mnie swoim starym Volkswagenem Variantem. Myślę, że był mniej więcej z  1969 roku. Kiedy zaczynałem podróżować z moim zespołem, miałem osiem albo dziewięć lat i płacenie za paliwo, wyżywienie i wszystko inne było dla nas zbyt drogie. Wtedy dziadek podjął decyzję, która zmieniła moje życie. Sprzedał swój samochód i wszystkie pieniądze przeznaczył na kupienie nam biletów autobusowych. Bardzo się dla nas poświęcił. Możecie pomyśleć, że czuł się jak męczennik, że pewnie powtarzał „Och, ale ze mnie biedaczek”. Z tym, że właśnie nie. Mawiał: „Mój wnuczek jest najlepszym zawodnikiem w całym Rio. Jest największym graczem w Brazylii! Niesamowity! Nie do zatrzymania”. Jego zdaniem, nigdy nie popełniłem błędu. To było szalone. Gdy wracał z moich meczów do domu, powtarzał ojcu: „Musisz przyjść zobaczyć, jak gra Marcelo. Wiesz, co dzisiaj zrobił? O mój Boże! To było magiczne, wręcz niemożliwe”.

Ojciec jednak prawie w ogóle nie widział mojej gry, ponieważ musiał ciężko pracować. Pewnie mógł czasem pomyśleć, że dziadek jest niespełna rozumu. Najzabawniejsze było to, kiedy zagrałem fatalny mecz i przegraliśmy. Machał wówczas rękami i wołał: „Ech, nieważne. Odbijesz to sobie”. Sprawiał, że jako dziewięciolatek, czułem się jak Ronaldo. Przysięgam przed Bogiem, wchodziłem do domu z wypiętą klatą i wierzyłem, że jestem piłkarzem.

Gdy miałem dwanaście lat, pewnego razu, po jednym z meczów dziadek pokazał mi pomarańczowego Volkswagena Beetle’a. „Wsiadaj, jedziemy do domu”. Mocno się wtedy zdziwiłem: „O co tu w ogóle chodzi? Skąd go masz?”. Dziadek odpowiedział: „Z Jogo do Bicho”. W Rio mamy coś, co nazywa się zwierzęcą loterią. Możliwe, że nie jest to całkowicie legalne, ale w końcu to gra od ludzi dla ludzi. Wybierasz numerek przypisany do zwierzątka. Strusia, koguta, czegokolwiek. Każdego dnia odbywa się nowe losowanie. I raz to właśnie mój dziadek wygrał. Nie wiem jak dużo zarobił w tej zwierzęcej loterii, ale kupił sobie Beetle’a.

To było niesamowite. Jeździliśmy nim wszędzie. Jednak gdy miałem piętnaście lat, otrzymałem zaproszenie do młodzieżowej drużyny Fluminense, która grała normalnie po 11 zawodników. Jako, że ośrodek treningowy leżał w Xerem, prawie dwie godziny drogi od naszego domu, nie byliśmy w stanie łożyć tylu pieniędzy na paliwo, bym mógł codziennie pojawiać się na zajęciach. Dlatego zdecydowałem się zostać tam w akademiku. Byłem w Xerem zupełnie samotny, z dala od rodziny. Dziadek przyjeżdżał w sobotę wieczorem, więc całą niedzielę mogłem spędzić w domu w Rio, a potem mnie odwoził. Wyobraźcie to sobie... Wygrał na loterii. To nie mogło być wiele pieniędzy. To był stary Beetle z lat siedemdziesiątych. Za każdym razem gdy zbytnio przekręciłeś kierownicę, zmieniała się stacja radiowa.

Po jakimś czasie ciągłego podróżowania między Rio i Xerem czułem się wykończony. Byłem trochę jak niewolnik futbolu. Widziałem moich kumpli z dzieciństwa chodzących na plażę i cieszących się życiem, a moim całym życiem był tylko trening. Któregoś razu, dziadek przyjechał po mnie i powiedziałem mu: „Mam dość. Wracam do domu”. On odpowiedział: „Nie, nie, nie. Nie możesz tego zrobić. Po tym wszystkim, o co walczyliśmy?”. Odrzekłem: „Utknąłem na ławce rezerwowych. Marnuję swoją młodość. Naprawdę mam dość”. I wtedy zaczął płakać. Powiedział: „Marcelo, tylko bądź spokojny. Nie możesz teraz odejść. Muszę cię zobaczyć grającego kiedyś na Maracanie”. To złamało mi serce. Postanowiłem, że pogram jeszcze kolejny tydzień, a ostatecznie nie zrezygnowałem.

Dwa lata później wyszedłem na murawę Maracany w pierwszym zespole Fluminense, a mój dziadek był na trybunach. On wiedział. Postawił na mnie i był przekonany, że tak będzie. Gdy stałem się pełnoletni, niektóre zespoły z Europy zaczęły się mną interesować. Słyszałem, że chce mnie CSKA Moskwa oraz Sevilla. Wtedy Sevilla była w gazie, ściągali wielu Brazylijczyków, więc pomyślałem sobie: „Hej! To byłoby świetne!”.

Po tym, któregoś dnia zadzwonił do mnie pewien menedżer. Zapytał: „Chciałbyś grać w Realu Madryt?”. Powiedział dokładnie w takim stylu, jakby to było coś zwyczajnego. Dlatego odpowiedziałem: „Yyy... oczywiście, pewnie?”. Nie znałem tego faceta, nie wiedziałem kim był, a on rzucił tylko: „Więc będziesz grać w Realu. Zapisz to sobie”.

Kilka tygodni później graliśmy spotkanie w Porto Alegre, a Real Madryt wysłał kogoś, aby spotkał się ze mną w hotelu. Zszedłem do lobby, a ten pan przedstawił się i przywitał. Nie miał koszulki ani torby Realu. Nie dał mi też żadnej wizytówki. Zaczął jednak pytać o rzeczy, które mnie zaskoczyły. „Masz dziewczynę?”. „Hmm, tak” - odpowiedziałem. „Z kim mieszkasz?”. „Hmm, z babcią?” – powiedziałem nieco zakłopotany. Znów. Zastanawiałem się, czy to wszystko nie był aby żart. A może wsiądę do jakiegoś samolotu na Syberię lub coś podobnego?

Dwa dni później zadzwonił telefon. Poproszono mnie, bym przyleciał do Madrytu na testy medyczne. Wtedy wciąż zastanawiałem się, czy to dzieje się na serio. Musisz coś o mnie wiedzieć. Do 16. roku życia nie wiedziałem, że jest coś takiego jak Liga Mistrzów. Dokładnie pamiętam ten moment. Siedziałem w klubowym pokoju w Xerem, a kliku chłopaków oglądało mecz w telewizji. Był to mecz pomiędzy Porto i Monaco. To spotkanie wyglądało zupełnie inaczej. Nocą, przy pięknych światłach, z tymi wszystkimi fanami, boisko było imponujące. Wszystko wyglądało niesamowicie. W Brazylii, przynajmniej wtedy, światła nie były tak jasne, a boiska tak zielone. To wyglądało jak mecz rozgrywany na innej planecie. Zapytałem: „Ej, co to w ogóle za liga?”. Mój kumpel odparł: „Liga Mistrzów”. Zdziwiłem się: „Liga czego?”. Odpowiedział: „Stary, to finał Ligi Mistrzów”. Nie miałem zielonego pojęcia o czym mówi. W Brazylii, rozgrywki Champions League można było śledzić wyłącznie na płatnych kanałach. Większość osób, tak jak i ja, nie miała do nich dostępu.

 Więc, jak mówiłem, byłem w samolocie do Madrytu… J

Pamiętam, że skończyłem osiemnaście lat. Przysięgam, myślałem, że jadę tam, aby po prostu porozmawiać. Gdy przybyłem na miejsce, zobaczyłem leżący na stole gotowy kontrakt z herbem Realu Madryt i wszystkimi szczegółami. Natychmiast go podpisałem. Potem mężczyźni w garniturach zaprowadzili mnie na boisko. Od razu zostałem przedstawiony mediom. Nie miałem pojęcia co się dzieje. Moja rodzina w Brazylii nie wierzyła mi, dopóki nie zobaczyli informacji w telewizji Globo Esporte.

„18-letni Marcelo został zaprezentowany jako zawodnik Realu Madryt”

Myślę, że powodem, dla którego wszystko wydawało mi się aż takie nierealne, był Robert Carlos, będący moim idolem. Dla mnie był Bogiem. Wejście do tej samej szatni co Roberto, na tę samą pozycję, nie mogłem w to uwierzyć. Przeszedłem się po szatni... Robinho, Cicinho, Julio Baptista, Emerson, Ronaldo, Roberto Carlos. Potem oczywiście Casillas, Raul, Beckham, Cannavaro. Mały Marcelito przechadzał się tam myśląc: „O ku***, znam tych gości jedynie z gier komputerowych”. Mogli zjeść mnie żywcem. Ale powiem wam coś ważnego o Realu Madryt. To wyjątkowy klub pod tym względem. Robert Carlos podszedł do mnie pierwszego dnia i powiedział: „To jest mój numer telefonu. Potrzebujesz czegoś, czegokolwiek,  dzwoń do mnie”.

W moje pierwsze Święta Bożego Narodzenia w Madrycie zaprosił mnie i moją żonę do swojego domu, w którym świętowała cała jego rodzina. Był moim idolem, walczyliśmy na tej samej pozycji lewego obrońcy. Większość ludzi nie zrobiłoby tego dla młodego chłopaka. Ale to był Roberto Carlos. Był niezwykle pewny siebie. To świadczy o byciu prawdziwym mężczyzną. Brałem z niego przykład również na boisku. Roberto Carlos biegał po skrzydle od jednej bramki do drugiej jak bestia. Możesz mnie kochać albo nienawidzić, ale będziesz wiedział, kiedy tam będę. Kocham atakować. Nie, nie tylko atakować. ATAKOWAĆ na całego, wiecie? A co potem w obronie? Jeśli zdarzy się problem, rozwiążemy go. Zadbamy o to. Ale najpierw atakujemy.

Możesz grać z taką wolnością wyłącznie wtedy, kiedy masz wokół dobrych, wyrozumiałych partnerów. Fabio Cannavaro grał po mojej stronie i mawiał: „Idź, Marcelo, jestem tutaj. Zasuwaj. Bądź spokojny. Jestem Cannavaro. Panuję nad tym”. Tak jak to robi dzisiaj Casemiro. „Dawaj, Marcelo, biegnij. Będziemy się martwić o to później”. Ach, Casemiro. On ratuje moje życie. Mógłbym grać do 45 roku życia, gdybym miał tego gościa po swojej stronie.

Kiedy trafiłem do Realu, Cannavaro pomógł mi się wyluzować. Zasada była taka, że mogę atakować tak długo, jak tylko będę miał siły, żeby wracać na sprincie. A jeśli byłem spóźniony? Wtedy zaczynało się robić poważnie. Krzyczał. W Brazylii mamy powiedzonko: „pegava no pé”. Używasz go, kiedy jesteś dla kogoś ostry z konkretnego powodu. Wtedy właśnie Cannavaro był ostry dla mnie, ale właśnie za to go kochałem.

W Realu bardzo szybko dociera do ciebie, jak wysoki tu jest poziom. Pod koniec mojego pierwszego sezonu dyrektor wezwał mnie do biura. Wciąż byłem młody i szalony. Wszedłem w mojej czapce z daszkiem, oczekując, że wyjdę po króciutkiej rozmowie. Powiedział mi, że klub chciałby mnie wypożyczyć. Rozumiałem, że potrzebują więcej doświadczenia. Ale jak powiedziałem, to jest Real Madryt. Jeśli odejdziesz, możesz już nigdy nie wrócić. Chcieli, żebym podpisał skrawek papieru. Jedyną rzeczą, o jaką zapytałem, było: „Jeśli nie podpiszę tego, nie będę musiał odchodzić, prawda?”. Usłyszałem: „Cóż... tak. Jeśli nie podpiszesz, zostaniesz. O ile trener będzie chciał cię zatrzymać. Ale uważamy, że potrzebujesz nabrać doświadczenia”. Pomyślałem, że musieliby mnie zmusić, aby to podpisać. Odpowiedziałem: „Zdobędę doświadczenie. Zostawcie to mnie”. Podziękowałem i wyszedłem.

Tego lata odszedł Roberto Carlos i zacząłem grać więcej. Wtedy mały Marcelito odpalił na całego.

Za każdym razem gdy wracałem do Brazylii na wakacje, odwiedzałem mojego dziadka i jego gabinet, który stawał się coraz większy i większy. Pozwólcie, że wyjaśnię, o co chodzi z tym gabinetem. Kiedy miałem sześć lat, dziadek zaczął dokumentować moją karierę. W dużym drewnianym gabinecie zamieszczał wszystkie zdjęcia moich zespołów oraz trofeów. Gdy strzeliłem gola, zapisywał to w swojej księdze. Dosłownie każdą bramkę, odkąd zacząłem grać w szkole. Kiedy zaczęli pisać o mnie w lokalnych gazetach, dziadek wycinał każde zdjęcie i każdy artykuł swoimi dużymi nożyczkami, po czym laminował je i umieszczał w jednym miejscu.

Dlatego gdy pewnego lata wróciłem do domu, zobaczyłem, że on nadal to robi. Nadal wycina wszystko co się da, a potem oprawia. Ale wtedy wygraliśmy ligę hiszpańską! Było tam mnóstwo materiałów o mnie. On jednak chciał mieć każdy. Nie mógł przegapić żadnej informacji.

Zawsze chciałem dodać do jego gabinetu dwie rzeczy: fotografię, na której trzymam trofeum Ligi Mistrzów oraz zdjęcie, kiedy zwisam z samolotu po wygraniu mundialu z powiewającą brazylijską flagą jak Romario. Kiedy w 2014 roku dostaliśmy się do finału Ligi Mistrzów przeciwko Atletico, mój dziadek był bardzo chory. Przed finałem zagrałem w czterech meczach z rzędu. Byłem gotowy do gry. Niestety trener wybrał innego zawodnika w moje miejsce przeciwko Atleti. Co mam powiedzieć? Na początku byłem ekstremalnie smutny. Ale w głowie wiedziałem, że tej nocy czeka na mnie coś większego. Usiadłem na ławce i czekałem. Kiedy przegrywaliśmy 0:1, nadal czekałem. W 90. minucie nadal czekałem. I wtedy w 93. minucie Sergio Ramos po raz kolejny uratował nas swoją głową od śmierci. Nie wiem co jest z tym gościem. Myślę, że to może przez włosy.

Gdy w dogrywce trener wezwał mnie oraz Isco, wbiegłem na boisko z wielką złością, ale w pozytywnym znaczeniu. Chciałem zdobywać, dać z siebie wszystko na murawie. Gdy strzeliłem gola w dogrywce, na chwilę odcięło mi prąd od mózgu, naprawdę. Pomyślałem o zdjęciu koszulki. Wtedy dotarło do mnie - cholera, nie mogę zdjąć koszulki, dostanę kartkę. Wtedy stałem się poważny. Potem zacząłem płakać. To było szaleństwo. To było dziesięć lat po tym, jak patrzyłem w telewizor w Xerem i widziałem światła i zieloną trawę, mówiąc: „Co to do diabła za liga?”. Dekadę potem trzymałem to cholerne trofeum. La Decimę, czyli dziesiąty Puchar Europy w historii Realu.

Kilka miesięcy po wygranym finale Ligi Mistrzów, mój dziadek zmarł w Rio. Byłem bardzo dumny, że dożył momentu, w którym wygrywam Champions League. To dzięki niemu dotarłem do tego etapu. Czasem budzę się i myślę: „Jedenaście sezonów w Realu. Jedenaście lat gry dla Brazylii. Dla takiego szalonego bocznego obrońcy jak ja. Jak to możliwe, że wciąż tu jestem?”. Jeśli powiedziałbym wam, że to normalne, skłamałbym. Każdego dnia przychodzę na trening, parkuję samochód, idę do szatni i przeżywam wielkie emocje. Nawet jeśli zbytnio tego nie okazuję, głęboko wewnątrz jestem niesamowicie szczęśliwy. Przeżywam to każdego dnia.

Dla mnie bycie częścią tego klubu jest bezcenne. Ale mam przed sobą jeszcze jedną misję. Na mundialu w 2018 roku Brazylia wróci. Zapiszcie to. Naklejcie na tym znaczek. Wyślijcie to sobie. Z Tite jako naszym selekcjonerem, głęboko wierzę, że możemy wznieść brazylijską flagę na najwyższy stopień. Mogę wam powiedzieć, że Tite jest fenomenalną osobą. Kiedy dostał tę pracę, zadzwonił do mnie i powiedział: „Nie mogę ci obiecać, że będę cię powoływał, ale jeśli będę, nadal chcesz grać dla kadry narodowej?”. Odparłem: „Profesorze, sam fakt, że dzwonisz do mnie, wywołuje wielkie emocje. Grałem dla kadry, kiedy byłem siedemnastolatkiem. Wsiadałem w samolot na 20-godzinną podróż na środkowym siedzeniu, a teraz kiedy mam już dobre miejsce, myślisz, że nie chciałbym? Jestem dostępny, kiedy tylko mnie potrzebujesz”.

Sam telefon był dla mnie wszystkim. To pierwszy raz, gdy trener reprezentacji do mnie zadzwonił, a jestem w niej przecież od jedenastu lat. Za Tite mógłbym zabić i zamierzam zrobić wszystko, co tylko mogę, żeby to złote trofeum znalazło się w gabinecie mojego dziadka.

A nawet jeśli tego nie zrobię? Co mogę powiedzieć? Nadal będę Marcelo. Szczęśliwy jak sam skur***.

De Gea jednak chce odejść do Realu. Poprosił kumpla z kadry, by porozmawiał z Perezem i Zidanem

W przyszłości będzie dzielił i rządził w Realu? Taki jest plan, dlatego ,,Królewscy"...

Futbol.pl

Inne artykuły