Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

NADIA NADIM - FUTBOL TO MIŁOŚĆ I POCZĄTEK DROGI

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 14-09-2021 15:50
źródło: youtube.com


Życiorys i działalność Nadii to opowieść, która idealnie wpisuje się w aktualne wydarzenia. Ograniczanie wolności kobiet czy mediów przez polskich rządzących, problem uchodźców na naszej wschodniej granicy, przed którymi stawiamy kolczasty drut, ponowne przejęcie władzy w Afganistanie przez Talibów to tematy polaryzujące, zwiększające dystans, wygłuszające chęć dialogu między ludźmi. Zapoznanie się z historią Nadii z pewnością skłania do refleksji, chociażby nad wskazanymi powyżej kwestiami. Tak było w moim przypadku. Nie mam zamiaru nikomu narzucać ani prywatnych poglądów, ani sposobu odbioru niniejszego artykułu. Czuję jednak, że bez względu na światopogląd, historia ta jest warta opowiedzenia każdej osobie. Dlatego też i Was, piłkarskich Czytelników, postanowiłem zabrać w tę nostalgiczno-refleksyjną podróż śladem Nadii, ale i w głąb siebie. 

*            *            * 

Srebrny medal Mistrzostw Europy z reprezentacją Danii, mistrzostwo ligi amerykańskiej i francuskiej, wicemistrzostwo ligi angielskiej, półfinał Ligi Mistrzyń. Tak prezentują się piłkarskie osiągnięcia Nadii Nadim.
Dla wielu takie sukcesy byłyby szczytem marzeń, życiową wizytówką. Lecz horyzonty Dunki sięgają o wiele dalej. Współpraca z KLABU, tytuły ambasadora Duńskiej Rady ds. Uchodźców oraz Rzecznika Edukacji Dziewcząt i Kobiet UNESCO, miejsce w gronie 25 najbardziej wpływowych kobiet sportu 2018 wg Forbesa, partycypacja w konferencjach TED czy podjęcie studiów medycznych na Uniwersytecie w Aarhus to jej kolejne i na pewno nie ostatnie powody do dumy. Jednakże spośród nich wszystkich, zdecydowanie największym jest to, że Nadia w ogóle żyje... 

TATA 

- Moje życie w Afganistanie mogę podzielić na dwie części. Jedna to harmonijne, bezpieczne, dobre życie. A druga, po tym jak Talibowie przejęli władzę - chaos, wojna, dosłowna walka o przetrwanie.  

Nadia Nadim przyszła na świat 2 stycznia 1988 roku, w afgańskim mieście Herat. Lecz jak sama wspomina, pamięta jedynie okres, gdy rodzina już mieszkała w Kabulu. Pierwsze lata życia wspomina jako pełnię normalnego dzieciństwa - ze szkołą i zabawami na pierwszym planie. Jednakże, gdy w 1995 roku Talibowie wprowadzili w państwie swoje zasady - nic nie było już takie jak wcześniej. Całe szczęście, historia ta zaczyna się od wyłomu z filmowego scenariusza, bowiem 33-latka pochodzi z bogatej, wykształconej rodziny. Gdyby nie to, Nadii ani jej bliskich najpewniej nie byłoby dziś wśród nas. Wysoki status był dziełem ojca Nadii - Rabaniego Khana, generała Afgańskiej Armii Narodowej.  

- Mój ojciec (…) był bardzo wpływowym człowiekiem. Dzięki temu nasza rodzina - ja, cztery siostry i mama Hamida - żyła w zamkniętym kompleksie mieszkaniowym w Kabulu, blisko jego miejsca pracy. Nikt nie mógł tam wejść ani wyjść bez kontroli ochroniarzy. To było jak bańka, w której czuliśmy się bezpieczni.  

Z racji swojej pozycji w armii, tata Nadii był często poza domem. Sama Nadia nie miała jeszcze nawet kilkunastu lat, więc jej pamięć o ojcu to jedynie kilka nieostrych ujęć. Niemniej jednak bardzo intymnych, widzianych przez mistyczną mgłę dziecięcych oczu. 

- Z jednej strony był tym generałem z wojska, ale z drugiej, gdy nie był zanadto zmęczony, bawił się z nami i mogłyśmy skakać po nim i zachowywać się jak dzieci, którymi byłyśmy. (…) Czasem, gdy rano wstawałyśmy, mogłyśmy znaleźć go robiącego pompki naprzeciw okien w salonie. Jeśli nie było mu wystarczająco ciężko, brał jedną z moich młodszych sióstr na plecy. 

- Był bardzo wysportowany. Grał dla kadry narodowej Afganistanu w hokeju na trawie i kochał też futbol. Mieliśmy w domu tę kultową piłkę w biało-czarne łaty i pamiętam dzień, w którym odkrył, że gramy nią w zbijaka. Zaczął nam tłumaczyć: “Nie, nie, nie. Musicie to robić stopami, dryblować tak, podawać tak...”. Mam wrażenie jakby to było sto lat temu, ale jest to jedno z niewielu wspomnień, jakie mam z tamtego okresu i zostanie ono ze mną na zawsze. 

Ojciec Nadii od ponad 20 lat żyje już jedynie w rodzinnej pamięci.  

- Pewnego dnia w 2000 roku, został zaproszony na spotkanie z jednym z ministrów. Talibowie nie lubili ludzi, którzy mieli zbyt duże wpływy, więc coraz więcej ludzi zaczęło znikać. I kiedy mój tata pojechał na to spotkanie... cóż, nigdy nie wrócił. 

Nadia miała 12 lat, gdy jej ojciec został zamordowany. Jednakże o jego śmierci dowiedziała się lata później. Jako dziecko żyła płonnymi nadziejami na powrót taty - tkwiąc w wyniszczającej nieświadomości. 

- Nie wierzyłam w to, że cokolwiek mu się stało. Czasem zdawało mi się, że widziałam go na ulicy. Niekiedy myślałam: może on... zostawił nas dla kogoś innego? Zawsze wmawiałam sobie wtedy: on wróci, on wróci, on wróci... (…) W mojej głowie to zwyczajnie nie miało sensu. Jak ktoś taki jak on mógł po prostu zniknąć? 

STADION EGZEKUCYJNY 

Z dnia na dzień życie rodziny legło w gruzach. W chaosie dyktatury szariatu, który rolę kobiet ograniczał do dogadzania mężczyznom, prokreacji i domowych obowiązków, matka z pięcioma córkami musiały żyć jak szczury - koczować w zamkniętym na cztery spusty domu i wychodzić z niego tylko, gdy było to absolutnie konieczne. Sytuacja miałaby się zupełnie inaczej, gdyby chociaż jedna z córek urodziła się chłopczykiem.   

- Rodzice chcieli mieć chłopca, dlatego próbowali aż pięć razy. Gdyby moja młodsza siostra była chłopcem, myślę, że kolejnych dwóch by nie było. (…) Pamiętam, że gdy moja mama była w ciąży, (…) rodzina kazała jej każdego ranka pić zmiksowane orzechy z mlekiem, bo to wpłynie na płeć dziecka. Bardzo mocno się starali, żeby mieć syna. W Afganistanie każdy chce mieć syna, ponieważ sposób w jaki zbudowane jest społeczeństwo sprawia, że to się bardziej opłaca. To okropne myśleć o tym w dzisiejszych czasach.  

W świetle prawa, syn pozwalałby rodzinie na legalne posiadanie majątku i uczestnictwo w handlu. Bez niego, mama Nadii nie mogła w zgodzie z prawem nawet kupić swoim dzieciom jedzenia. Już nie mówiąc o byciu właścicielką dwóch domów i samochodu, których dorobiła się wraz z mężem. Męża jednak już nie było, a razem z nim, przy najmniejszej chwili nieuwagi, mógł przepaść cały rodzinny dobytek i dach nad głowami. 

Szczególnie, gdy po ulicach grasują stada zdziczałych sadystów. 

- Jedna rzecz, którą robili bardzo często, to straszenie na przykładach. Jeśli ktoś zrobił coś, czego według nich nie powinien - pokazywali to publicznie, na oczach wszystkich. Pamiętam, że nie pozwalano mi wychodzić na zewnątrz wcale, ponieważ byłoby to niebezpieczne. Ale słyszałam historię jednej kobiety. Miała na sobie burkę, ale jakimś sposobem jej ręce, na których miała biżuterię były widoczne. By pokazać, że nie wolno tak robić, obcięli jej te ręce.  

- Robili przerażające, okropne rzeczy, oczywiście publicznie. Używali stadionu piłkarskiego do egzekucji na ludziach, strzelano im w tył głowy. Żeby każdy wiedział, jaka jest kara za nieposłuszeństwo wobec nich. 

UCIECZKA 

- Moja mama jest bardzo mądrą, wyedukowaną kobietą. (…) Nie akceptowała bycia opresjonowaną tylko ze względu na płeć. A to komplikowało sytuację jeszcze bardziej. 

- Ja i moje rodzeństwo byliśmy dziećmi i nie mogliśmy brać udziału w podejmowaniu decyzji. Moja mama mówiła: słuchajcie dzieci, tak wygląda sytuacja i to zamierzam teraz zrobić. My po prostu szłyśmy za nią. W takim momencie nie zadajesz pytań - skupiasz się na przeżyciu. 

- Mama widziała, że pozostanie w kraju jest niemożliwe. Nie mam pojęcia jak to zrobiła, ale sprzedała wszystko co miała - domy, auto, biżuterię i jakimś sposobem skontaktowała się z przemytnikiem, który miał nas stamtąd zabrać. 

- Zostałyśmy przemycone w środku nocy z Afganistanu do Pakistanu minivanem. Wiedziałam co się dzieje, ale nie wiedziałam, gdzie jedziemy. Jedyne co wiedziałyśmy na pewno, to że uciekniemy z tego miejsca. Nie mogłyśmy pokazać sąsiadom, ani komukolwiek innemu, że wyjeżdżamy. Pożegnać się z kimkolwiek. Z jednego prostego powodu - by nas nie wykryto. 

Pomimo ekstremalnych przeżyć, na swojej drodze ku wolności głowa Nadii wciąż przejawiała dziecięcą, niczym nieuprzedzoną ciekawość świata. 

- Gdy byłyśmy już w Pakistanie, trafiłyśmy do Karachi. Tam spotkałyśmy takiego pyzatego pakistańskiego przemytnika. Zawsze miał na sobie tradycyjny pakistański strój i dużo złotej biżuterii. Bez przerwy żuł paan (po polsku betel - przyp. red.) - takie coś, co barwiło mu buzię na czerwono i często spluwał. To było interesujące. 

- Gdzieś po miesiącu przyszedł do nas z podrobionymi paszportami. Następnego ranka cała nasza szóstka była w jego vanie, ubrana w pakistańskie stroje - na papierze byłyśmy teraz pakistańską rodziną. Gdy wychodziłyśmy, powiedział: uważajcie, żeby nie powiedzieć choćby słowa w języku dari (język używany w Afganistanie - przyp. red.). Jeśli ktoś odkryje, że paszporty nie są wasze - gra skończona. Pójdziecie do więzienia, nie odzyskacie swoich pieniędzy ani niczego innego, będziecie zrujnowane. 

- Gdy weszłyśmy na lotnisko (…) pracownicy wiedzieli co jest grane. Nikt jednak nie reagował, wszyscy dostali za to kupę kasy. Zostałyśmy wpuszczone na pokład samolotu, jak gdyby nigdy nic. To był pierwszy raz, kiedy usiadłam w samolocie. Byłam bardzo podekscytowana! 

- Leciałyśmy do Włoch. Mam rodzinę w Londynie, moi dziadkowie wyemigrowali już wcześniej i chciałyśmy do nich dołączyć. Ale nie mogłyśmy polecieć tam bezpośrednio. Gdybyśmy tak zrobiły, widzieliby naszą lokację startową i mogliby coś podejrzewać. A w Anglii trudniej jest przekupić pracowników lotniska. Dlatego musiałyśmy wylądować we Włoszech i stamtąd dotrzeć do Londynu innym transportem. 

- Wylądowałyśmy w Mediolanie. Ale do tej informacji dotarłam później. Wtedy nie znałam zbyt wielu miast i zupełnie mnie to nie obchodziło, bo bardzo się bałam. Po prostu patrzyłam w ziemię i starałam się nie zostać złapaną. 

- Wsiadłyśmy do auta i przez około godzinę jechałyśmy do ponurej sutereny. Myślę, że to było tymczasowe zakwaterowanie dla przemycanych ludzi. To było obrzydliwe. Nigdy nie zapomnę tego co tam zastałyśmy. (…) Ta toaleta... nigdy nie widziałam czegoś takiego. Nie chciałam nic jeść ani pić, tylko żeby nie musieć z niej korzystać. (…) To miejsce było tak obleśne, że tylko siedziałyśmy w kącie, nie mogąc zasnąć. 

Pomimo okropnych, nieludzkich warunków i niewyobrażalnego lęku, mała Nadia wciąż była w stanie odciąć się choć na krótką chwilę od rzeczywistości, zanurzając w dziecięcej fascynacji światem. 

- Mieliśmy tam też malutki telewizor, który pokazywał skoki narciarskie na Eurosporcie. Byłam zachwycona. Myślałam sobie: wow, ci goście umieją latać! 

- Byłam wtedy dzieckiem. Dzieci nie martwią się przyszłością, one jedynie widzą to, co wokół nich. Ale patrzenie na moją mamę, jej zachowania sprawiało, że się bałam. Wydawała się przestraszona, zaniepokojona tą sytuacją. A ja czułam się dokładnie tak samo. Bo jeśli twoja mama jest taka, to znaczy, że coś jest nie tak. (…) Ale jedna rzecz, która zawsze kazała mi być dobrej myśli, to że byłyśmy wszystkie razem - każda tutaj i każda żywa. To dawało mi nadzieję. 

-Dwa dni później, przyszło do nas dwóch wschodnio wyglądających facetów w dżinsach i bomberkach. (…) Zawieźli nas w pobliże parkingu wypełnionego ciężarówkami. Jeden z nich powiedział: gdy dam znak, biegniecie do tej ciężarówki. I tak zrobiłyśmy. Wdrapałyśmy się na pakę jadącej ciężarówki. Kilka dni przesiedziałyśmy w ciemności, słuchając odgłosów silnika i wiatru. (…) Nie wiedziałyśmy niczego, poza tym, że raz robiło się cieplej, a raz zimniej. Siedziałyśmy w siebie wtulone, żeby nie zamarznąć. 

- Nie jadłyśmy przez bardzo długi czas. Miałyśmy wodę i herbatniki, ale nie chciałam nic jeść ani pić. Musiałabym robić siku w rogu ciężarówki. To było dla mnie zbyt trudne. Chciałam zachować godność przed moją rodziną. 

- Nagle ciężarówka się zatrzymała. Facet otworzył drzwi krzycząc: Wyłazić! Wyłazić! Wyłazić! Wyszłyśmy, a on zniknął. Nie wiedziałyśmy co się dzieje. Wszystko co mama nam powiedziała, to że jedziemy do rodziny w Londynie. Ale wyobrażałam sobie Londyn zupełnie inaczej. 

Jak się okazało, rodzina znalazła się w Randers, mieście w północnej części Danii. 12-letniej Nadii nazwa tego kraju nie mówiła kompletnie nic. W dotychczasowym życiu nie miała zbyt wiele okazji na naukę geografii. 

- Był to dla nas szok, ale ostatecznie miałyśmy to gdzieś - byłyśmy bezpieczne, byłyśmy razem. Znalazłyśmy komisariat policyjny. Policjant wziął moją mamę na rozmowę, sprawdził jej dokumenty i sporządził notatki. Rozumiał naszą sytuację.  

- Był taki miły. Nigdy nie zapomnę jego życzliwości. Widział, że jesteśmy głodne. Zawiózł nas radiowozem do kiosku i kupił nam banany, mleko i tosty. To był prawdopodobnie najlepszy posiłek w moim życiu.  

- 20 lat później znów się spotkaliśmy. W 2018 roku, gdy publikowałam moją książkę, wydawnictwo przygotowało dla mnie niespodziankę. Zaprosili go na spotkanie autorskie. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz prywatnie. Poznałam jego żonę i dzieci, zaprosiłam go na jeden z moich meczów. Opowiadałam tę historię tyle razy i... (wzruszyła się) to pokazuje jak istotna jest ludzka życzliwość. Zawsze próbuję być miła dla ludzi, bo życzliwość ma ogromną moc. (…) Będę mu wdzięczna do końca mojego życia. 

- Policjant odprowadził nas na pociąg do Sandholm, największej instytucji dla osób ubiegających się o azyl w Danii. To było jak więzienie: maksymalna ochrona, wysokie mury, kolczasty drut. Pokazali nam nasze pokoje, z wojskowymi piętrowymi łóżkami i metalowymi kubkami. Dali nam też pięć mrożonych pizz. Nigdy wcześniej nie widziałam mrożonej pizzy! Miałyśmy włożyć je do piekarnika na tyle i tyle minut. Nie będę kłamać - spaliłyśmy je na węgiel. 

- Byli tam ludzie ze wszystkich stron świata: Afganistan, Somalia, Kongo, Irak, Armenia, Rosja. Widząc niektórych z nich, myślałam: o cholera, oni wyglądają jak mordercy. Mieli blizny na twarzach, rany postrzałowe na głowie. Pewnego dnia usłyszałyśmy, że ktoś został zasztyletowany. Nie byłyśmy tym zaskoczone. 

- Po dwóch miesiącach zostałyśmy przeniesione do znacznie bardziej przyjaznego ośrodka dla uchodźców, blisko miasta Aalborg. Zaprowadzono nas do baraków, gdzie dostałyśmy własne pokoje i dzieloną kuchnię. Dla większości Duńczyków byłoby to w najlepszym wypadku absolutne minimum. Dla nas - to był raj. 

- Byłyśmy tam 7-8 miesięcy, mieli zdecydować co będzie z nami dalej. (…) Każdy tam czekał na decyzję: pozytywną lub negatywną. Negatywna oznaczała, że nie możesz pozostać w kraju, deportują cię. Pozytywna pozwalała wstępnie zostać na rok, dwa lub trzy. Każdego ranka ludzie szli do punktu informacji w poszukiwaniu swojego numeru identyfikacyjnego na tablicy ogłoszeń. (…) To była zabawa w nieustanne czekanie. Mimo to, wspominam ten czas bardzo dobrze, wtedy znów mogłam być dzieckiem. Bezpieczne otoczenie, szkoła od 9 do 13 a potem, po prostu odkrywanie wszystkiego dookoła.  

- Ale dla mojej mamy był to zdecydowanie trudny czas. Bardzo wtedy schudła. Straciła męża, zostawiła dom, na głowie piątka małych dziewczynek, a do tego nie wiedziała, co będzie z nami dalej. Widziałam, jaki wpływ wywiera na nią ta niepewność. Zostaniemy w Danii? Opuścimy ją? 

MENTALNOŚĆ MISTRZYNI 

Ostatecznie rodzina otrzymała zgodę na pozostanie w kraju, odbudowując dawne, stabilne życie już jako Dunki. Co oczywiście także nie było łatwe. Jeśli osiedlisz się jako uchodźca w innym kraju, w pojmowaniu ludzi pozostajesz nim nawet po otrzymaniu obywatelstwa. Koledzy i koleżanki w szkole, ludzie na ulicy widzą, że jesteś innego koloru niż oni, zachowujesz się trochę inaczej, pochodzisz z obcego otoczenia. Nie wszystkich stać na to, by udźwignąć tę presję. 

- Trudno to wytłumaczyć, ale tak naprawdę już zawsze będę widziana jako obcy. Takie są fakty. Myślę, że to dotyka wielu uchodźców. Jeśli ludzie mają wybrać między kimś swoim i kimś, kto pochodzi z innego otoczenia, kto inaczej wygląda lub ma inne nazwisko, wybiorą tego, którego znają. Tak właśnie się czułam przez większą część mojego życia.  

- Moja starsza siostra, Giti, miała ogromny talent - technicznie była o wiele lepszą zawodniczką niż ja. Jest też wrażliwsza ode mnie, bardziej dotykały ją reakcje ludzi, koleżanek z drużyny. To poczucie, że prawdziwie do nich nie przynależy - złamało ją. 

Nadia jednak nie bez powodu osiągnęła najwyższy światowy poziom. Gdy słucha się jej wypowiedzi, automatycznie w głowie widzi się człowieka sukcesu. Moje pierwsze skojarzenie - Cristiano Ronaldo w ciele kobiety. To obsesyjne dążenie do celu, wieczne nienasycenie, absolutna pewność siebie, brak jakichkolwiek barier. Bije od niej mentalność prawdziwej mistrzyni. To nie ona należy do świata, to świat należy do niej.

- Nie było łatwo dorastać w obcym otoczeniu. Myślałam inaczej niż wszyscy, byłam inaczej wychowana i trafiłam do otoczenia, którego zupełnie nie rozumiałam. Ale miałam to gdzieś. G*wno mnie obchodzi, co robią ludzie dookoła. Zawsze chciałam robić swoje. Kiedy mam jakiś cel, po prostu go realizuję. 

- Mój pościg rozpoczął się w szóstej klasie podstawówki. Inne dzieci przeszły nauczanie przez wszystkie szczeble, ja zaczynałam praktycznie od zera. W głowie zawsze miałam myśl: muszę ich dogonić. I to samo było z piłką nożną. Czułam, że jestem w tyle, ale musiałam dorównać. To była obsesja. Wciąż tak mam. 

- Bardzo szybko zauważyłam, że przy naszym obozie mieści się klub piłkarski ze wspaniałymi boiskami, bramkami - wszystkim, co potrzebne do gry. Wraz z innymi dziećmi z obozu, często podglądaliśmy treningi. Była tam pewna dziewczyna, z którą zresztą grałam później w drużynie i do dziś mamy kontakt. To, co robiła z piłką było po prostu niesamowite. Patrzenie na nią sprawiło, że chciałam grać tak samo. (…) Tak zaczęła się moja obsesja na punkcie futbolu. Od tamtej pory nigdy nie przestałam grać w piłkę. 

Swoją przygodę z reprezentacją Nadia rozpoczęła w wieku 21 lat, w 2009 roku. Tym samym stała się pierwszą naturalizowaną piłkarką, która wystąpiła dla kobiecej kadry Danii. Jej największym osiągnięciem na szczeblu reprezentacyjnym jest dotarcie do półfinału i finału mistrzostw Europy w latach 2013 i 2017. W finale, w którym Dania musiała uznać wyższość będącej gospodarzem turnieju Holandii, to właśnie Nadia otworzyła wynik spotkania, zamieniając na bramkę rzut karny. W przyszłym roku - o ile zdecyduje się dalej kontynuować reprezentacyjną karierę, co nie jest wcale takie oczywiste - Nadia będzie miała okazję poprawić wynik sprzed 4 lat i wywalczyć tytuł mistrzyni Europy na organizowanym w Anglii Euro 2022. 

W piłce klubowej z kolei, mistrzynią już była - w lidze amerykańskiej i francuskiej. W przeciwieństwie do męskiego, kobiecy futbol klubowy w USA stoi na najwyższym światowym poziomie. A to właśnie w tamtejszych zespołach Nadia rozegrała najwięcej sezonów. Pomimo sukcesów w barwach Portland Thorns, marzenie o uszatym pucharze ściągnęło ją do Europy. Najdalej dotarła jednak jedynie do półfinału Ligi Mistrzyń. Co nie znaczy, że stary kontynent opuściła z pustymi rękoma - wraz z koleżankami z PSG przerwały trwającą 14 sezonów dominację piłkarek z Lyonu, wygrywając w sezonie 20/21 ligę francuską.  

W niedawno zakończonym oknie transferowym Nadia powróciła do ligi, której zawdzięcza najwięcej, zasilając szeregi Racing Louisville FC. Jednakże powody tej decyzji były niezwiązane z piłką nożną... 

WIĘCEJ NIŻ PIŁKARKA 

- Na początku 2022 roku mam zamiar skończyć moje studia. Został mi tylko jeden semestr. Możliwość ukończenia ich była jednym z powodów, dla którego chciałam grać w USA. 

Nadia podjęła studia medyczne na Uniwersytecie w Aarhus, by zostać chirurgiem rekonstrukcji twarzy. Tak, to nie pomyłka. Podobnie jak jej siostry, Nadia chciałaby zawodowo zajmować się pomaganiem ludziom. Jak sama mówi, to odpowiada jej temperamentowi. Ogromna odpowiedzialność, ryzyko, bezpośredni wpływ na życie pacjentów z nawiązką są w stanie zastąpić emocjonalny narkotyk, jakim jest futbol. 

Dwie siostry Nadii są pielęgniarkami, jedna jest doktorem, a ostatnia opiekuje się niepełnosprawnymi ludźmi. Pomagają ludziom, by podziękować w ten sposób za życzliwe dusze, które pomogły im. 

Racing Louisville jest dumny z szerokości horyzontów swojej zawodniczki. Niejednokrotnie można było zauważyć to na Instagramie Nadii, gdzie dziękowała klubowi za możliwość uczenia się w ośrodku treningowym.  

Piłka nożna i studia to jednak nie jedyne zajęcia Nadii.  

- Mój dziadek powiedział mi: jeśli mówisz w jednym języku, jesteś jedną osobą, jeśli mówisz w dwóch, jesteś dwoma osobami. Im więcej znasz języków, tym więcej ludzi możesz poznać. 

- Płynnie mówię w ośmiu językach. Angielski, duński, niemiecki, francuski, urdu (język urzędowy w Indiach i Pakistanie - przyp. red.), szwedzki, norweski i dari. W domu zawsze używaliśmy dari. Teraz trochę to mieszamy. Czasem czuję, jakbyśmy mówiły w swoim własnym języku. Anissa Bonnefont, która robiła film dokumentalny o moim życiu powiedziała mi kiedyś, że najtrudniejszym elementem jest przetłumaczenie albo ułożenie napisów z naszych rozmów, ponieważ mieszamy 3-4 języki. I rzeczywiście 3-4 ludzi starało się przetłumaczyć nasze jedno zdanie. 

Fascynacja różnymi kulturami i językami jest ważna dla Nadii, ale najważniejsi są ludzie. I to oni, a dokładnie pomaganie im, jest jej największą pasją.  

- Jestem niezmiernie wdzięczna za wszystko co mam. Nie mogę uwierzyć, że biegam sobie, gram w piłkę i jeszcze mi za to płacą. Po meczu zawsze czeka na mnie jedzenie - darmowe jedzenie! Naprawdę to doceniam, bo wciąż pamiętam, że 15-20 lat temu umierałam z głodu. 

Z tego powodu, Nadia angażuje się w wiele działań na rzecz uchodźców, dzieci, którym bezpowrotnie odbierane jest dzieciństwo, ludzi zwyczajnie potrzebujących pomocnej dłoni. Sama doświadczyła wielu ekstremalnych, zabijających poczucie człowieczeństwa sytuacji. Nie zatraciła empatii i wciąż potrafi wrócić do tamtych momentów - lecz nie po to by się użalać, ale żeby pomagać.  

- Musimy być dla siebie ludźmi, być mili. Każdy będzie kiedyś miał w swoim życiu moment, kiedy będzie wołać o pomoc. Bycie uchodźcą czy imigrantem nie jest stanem, w którym tkwi się do końca życia. To jak bycie bezdomnym. Tak się w życiu zdarza. Często nawet jest to od ciebie niezależne. Dlatego uważam, że bycie miłym może naprawdę wiele zdziałać. Tylko tyle - bycie miłym. Ten jeden policjant miał ogromny wkład w to, jak dziś postrzegam świat. Staram się być miła dla wszystkich. Bo czasami wystarczy tylko powiedzieć “cześć” i się uśmiechnąć, żeby uratować komuś dzień. 

Nadia jest ambasadorem Duńskiej Rady ds. Uchodźców i Rzecznikiem Edukacji Dziewcząt i Kobiet UNESCO. Współpracuje też czynnie z organizacją KLABU, która zakłada kluby piłkarskie w obozach dla uchodźców, dając przebywającym tam dzieciom namiastkę normalności.  

Działania społeczne Nadii sięgają szerokiego spektrum problemów. Edukacja dzieci, zapewnianie im godnych warunków życia, ale też walka na rzecz równości ras i płci, wzmacniania niezależności kobiet. Jest uosobieniem tego, jak ze społeczeństwa traktującego kobiety niczym zwierzęta, spełniać swoje marzenia i zdobywać świat. 

- Miałam 19 lat, gdy kończyłam pierwszy semestr szkoły medycznej. Chciałam być lekarzem, pomagać ludziom, mieć wpływ na ich życie. Tak samo jak policjant wpłynął na moje. Ale wtedy też, po raz pierwszy zostałam powołana na zgrupowanie kadry Danii. Zgrupowanie i egzaminy były w tym samym czasie. Chciałam więc wyjaśnić mój problem w szkole. Pani siedząca za biurkiem spojrzała na mnie jak na idiotkę i powiedziała: co to za problem, musisz wybrać kim chcesz być - lekarką czy piłkarką. Ale dlaczego ona ma mówić mi co mogę, a czego nie mogę? Dlaczego ona ma zabijać moje marzenia?  
Dziś, po przeszło 10 latach, zagrałam 85 razy w kadrze Danii, jestem jeden semestr od zostania lekarzem, a w zeszłym roku otrzymałam nagrodę Dunki Roku. I nie mówię tego, żeby się pochwalić, ale żeby pokazać, jak ważne jest w naszym życiu to uczucie, którym ja darzyłam piłkę nożną. Ono pchało mnie do przodu, to ono powodowało, że gdy ktoś próbował ściągnąć mnie w dół, wyrywałam się do góry. I nieważne kim jesteście, w jakim kraju żyjecie, każdy ma w sobie takie uczucie. Użyjcie go jako paliwa dla waszych marzeń.  

To fragment wystąpienia Nadii podczas konferencji TED w Amsterdamie. 33-latka pomaga, kiedy i komu tylko może. Mimo że przecież mogłaby tylko grać w piłkę i dać sobie spokój z jakąkolwiek inną działalnością. 

A ona jednak udziela się w większość problemów społecznych, podróżuje po krajach, rozmawia z ludźmi, daje im przykład i nadzieję na lepsze życie. Żyje bardziej. Żyje dla siebie i dla innych. Jak wielokrotnie podkreślała - chce mieć wpływ na to, jak żyje się innym ludziom. Zmieniać ich rzeczywistość na lepsze. I do tego samego zachęca każdego. Także mnie i Was. 

- Chcę nauczyć następne pokolenia, że pomaganie kosztuje naprawdę niewiele. 

- Jeśli damy szansę uchodźcom, mogą się nam odwdzięczyć i uczynić społeczeństwo lepszym. Spójrzcie na mnie, chcę być lekarzem, moja siostra jest lekarzem, moje dwie siostry są pielęgniarkami. 

- Jak można zapobiec narastającym podziałom społecznym? Po prostu być dobrym człowiekiem. Naprawdę. Być mniej samolubnym i okazać empatię. Uśmiechać się do ludzi na ulicy. Wpłacać datki, pomagać doraźnie czy podnosić świadomość ludzi za pomocą social mediów. Po prostu rób to, co jesteś w stanie. I bądź przy tym miły. 

- Ponieważ ostatecznie, to co czyni nas człowiekiem to nie pieniądz ani własny komfort. To umiejętność zrozumienia drugiego człowieka. 

*            *            *  

Posługując się licznymi cytatami korzystałem z: 
- artykułu Felicii Pennant “If You Give Refugees A Chance, They Can Make Society Better: Meet Nadia Nadim, Refugee, Pro Footballer, Surgeon” na stronie “vogue.co.uk”; 
- tekstu autorstwa Nadii “The Outsiders” na portalu “theplayerstribune.com”; 
- podcastu BBC “Midnight Meets With Colin Murray”, odcinek “At Home: S3E08 - Nadia Nadim”;
- podcastu ITV Sport “The ITV Football Football Show”, odcinek “A Nadia Nadim Special”; 
- filmu na Youtube na kanale “TEDx Talks” pt. “Something pulling me forward | Nadia Nadim | TEDxAmsterdamWomen”.  

TAGI

Inne felietony