Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Odbudowa formy, czyli powroty do łask futbolu. Część 1

Dodał: Jan Szlempo
Data dodania: 28-09-2021 9:38
Odbudowa formy, czyli powroty do łask futbolu. Część 1

Jeśli jest kilka rzeczy, których nauczyła nas piłka nożna, to na pewno jedną z nich jest wiara. Wiara w siebie, w to, że na boisku mogę przekroczyć moje możliwości, przebić sufit i stać się lepszym. Wiara w ukochaną drużynę, że mimo negatywnego wyniku jest szansa na odwrócenie losu spotkania. I koniec końców wiara w to, że piłka nożna powinna nas jednoczyć i po każdej porażce można wrócić silniejszym.

 

Wiele było pięknych drużynowych come backów w historii piłki nożnej. Starsi kibice pamiętają jeszcze zwycięstwo wyszarpane przez piłkarzy Manchesteru United z rąk Bayernu Monachium w finale Ligi Mistrzów w 1999 roku. „Football, bloody hell” – to właśnie po tym spotkaniu, gdy gracze Fergusona strzelili 2 gole w samej końcówce meczu i wznieśli trofeum, padły te legendarne słowa. Finały Ligi Mistrzów zawsze są wydarzeniem, jednak 6 lat później wydarzył się prawdopodobnie najlepszy finał w historii tego sportu. Stambuł, w którym Jerzy Dudek bronił karne jak natchniony, ale zanim do tego doszło, Liverpool zdołał odrobić trzybramkową stratę z pierwszej połowy meczu. To, co nie miało prawa się wydarzyć, stało się faktem, w kilka minut mediolańczycy roztrwonili przewagę, a kapitan angielskiej drużyny, Steven Gerrard, tchnął w grę nowe życie, porywając swój zespół do walki.

 

Piłka to sport drużynowy – pamiętne są wielkie come backi zespołów. Jednak na zespół składają się jednostki – piłkarz, który zaliczy odrodzenie formy, to gracz na wagę złota. Przede wszystkim dla trenera, gracz zaznający smaku ławki rezerwowych wie bowiem, ile znaczy wywalczenie miejsca w pierwszym składzie. I utrzymanie go. Ale też dla kibiców – my przecież kochamy skrajne emocje, a oglądanie piłkarza przedwcześnie skazanego na banicję, który wraca do łask futbolu, przynosić może euforię.

 

Egipski półbóg. Mohamed Salah

 

Mohamed Salah, jeden z wielu wyrzutów sumienia Legii Warszawa (gracz ten był kilka lat temu oferowany stołecznemu klubowi, włodarze jednak nie poznali się na talencie Afrykańczyka). Dziś Salah to niekwestionowany lider klubu z Anfield oraz swojej reprezentacji narodowej. Jest magikiem, ratuje swój zespół, asystuje. Miewa słabsze okresy, oczywiście, ale na Mo Salaha można liczyć. No i przecież razem z Jurgenem Kloppem wygrali razem upragniony tytuł Ligi Mistrzów, a tego lauru nikt już im nie zabierze.

 

Salah kilka lat wcześniej odbił się od angielskich boisk jak kauczuk od podłogi, a wszystko za sprawą nieprzejednanego Jose Murinho, który – podobni e jak Legia – nie uważał Salaha za gracza z potencjałem i oddał go z Chelsea bez żalu na wypożyczenie do Włoch. Tam grał we Florencji, grał nieźle, ale wciąż nie na miarę swojego talentu. 6 bramek w 16 spotkaniach zaowocowało transferem do AS Romy. Magia wiecznego miasta na pewno mu sprzyjała, bowiem zaczął się odradzać, a wyniki, jakie miał w Serie A, dodały mu skrzydeł. Dwa z sezonów kończył, mając ponad 10 bramek na koncie, co było wynikiem dobrym, ale ciężko powiedzieć, żeby Salah zachwycał. Był po prostu dobrym piłkarzem. 

 

Mało kto mógł przewidywać, jak rozwinie się Mo. Gdy trafił na Angield za 35 milionów euro obawiano się, czy niski i niezbyt umięśniony zawodnik poradzi sobie w angielskim futbolu. Zyskał jednak zaufanie trenera, a reszta to historia! Egipcjanin był grajkiem z potencjałem, który w pewnym momencie w AS Romie zaczął się rozpadać. Ten jednak wziął się w garść i śmiało możemy zaliczyć go do grona najbardziej wartościowych graczy na świecie. Grając w Liverpoolu, 2 razy został mianowany najlepszym piłkarzem Afryki, również 2 razy został królem strzelców Premier League – w sezonie 17/18 zaliczył aż 32 trafienia! No i wspomniana Liga Mistrzów… Salah odrodził się, tchnął potężny wiatr w żagle swego statku i dziś jest na topie. 

 

On jest ciałem, ja jestem mózgiem. Luke Show

 

Takimi słowami deprymował i krytykował swojego (!) gracza Jose Murinho. Trener, który był wybitny, ale zatracił się w swojej megalomanii, nie szczędził słów krytyki wobec swoich piłkarzy, a szczególnym celem stał się dla niego Luke Show, angielski obrońca, który nie mógł złapać równej formy. Show od lat pokazywał predyspozycje do skutecznej gry na lewej flance. Jego kariera rozwijała się nieźle, chociaż gracz nie był regularnie powoływany do reprezentacji. 

 

W sezonie 2015/2016 przytrafiła mu się koszmarna kontuzja. W czasie meczu Ligi Mistrzów przeciwko PSV Eindhoven Luke Show został twardo sfaulowany, co doprowadziło do otwartego złamania kości piszczelowej. Anglik został poza grą aż 288 dni, w czasie których intensywnie pracował nad powrotem na boisko.

 

Gdy wrócił, zaliczył regres formy, a jego umiejętności nie rosły tak szybko jak wcześniej. To oczywiste po tak długiej kontuzji, jednak poziom zawodnika naprawdę spadł. Widoczne gołym okiem było to, że Anglik nie może się odnaleźć również mentalnie. Luke miał ewidentnie problem z ustabilizowaniem formy, złapaniem rytmu, utrzymaniem poziomu. Murinho, chociaż stawiał na niego, jednocześnie ustawicznie krytykował. Lewy obrońca dziś może śmiać się głośno z krytyki, jaką portugalski trener kierował w jego stronę. Zapracował na szacunek.

 

Luke Show poprawił się w każdym elemencie gry. Świetnie potrafi przechwycić piłkę, przeprowadzić rajd, poprawił wrzutki w pole karne, ustawienie na murawie. Ma lepszą kondycję fizyczną i psychiczną. Na pewno ustabilizowane życie rodzinne też pomogło mu wrócić z piłkarskich zaświatów. Po koszmarnej kontuzji, absolutnym spadku formy, dziś Show to podstawowy gracz w układance na Old Trafford oraz jeden z najważniejszych i najpewniejszych punktów reprezentacji Synów Albionu. Showberto Carlos, jak prześmiewczo nazywają go jego koledzy, jeśli utrzyma taką formę – przez lata wypracuje sobie markę jednego z najlepszych na świecie, a 42 miliony, na które jest aktualnie wyceniany, będą traktowane jak promocja.

 

Argentyński trener daje ratunek reprezentantowi Polski. Mateusz Klich

 

Swą karierą pod okiem Marcelo Bielsy, trenera Leeds United, mistrza dla Pochettino czy Guardioli odbudował polski zawodnik, Mateusz Klich. I – choć zabrzmi to zabawnie – to nie jest pierwszy raz, gdy Klich stracił formę po to, by ją odzyskać. Tym razem udało mu się ją też utrzymać, a to właśnie definiuje klasę piłkarza.

 

10 lat temu, gdy Wolfsburg zapłacił Cracovii 1,5 miliona euro za Mateusza Klicha, liczyliśmy na szybką i piękną karierę. Dobrymi występami wszak zasłużył sobie nie tylko na transfer, ale też na zaproszenia do zgrupowań reprezentacji narodowej. Nie wszystko poszło jednak, jak powinno, bowiem po 2 latach Wilki wypożyczają gracza do Holandii. Robią to bez sentymentu – Klich nigdy nie zadebiutował w pierwszym zespole w Niemczech. W drużynie PEC Zwolle udaje mu się jednak odbudować formę, przebić się do pierwszego składu, a także strzelić też debiutanckiego gola dla reprezentacji. 

 

I znów pojawia się regres, bowiem to, co działało w Holandii, niekoniecznie zdało egzamin w Niemczech – Wilki wykupują gracza, widzą, że radzi sobie dobrze. I znów trafia na ławkę! Do 2016 roku buja się w Bundeslidze, a żaden z trenerów nie widzi na niego miejsca w podstawowej jedenastce. Jego forma pozostawia wiele do życzenia. Co robi nasz reprezentant? Nie poddaje się, trenuje ciężej i wraca do kraju, gdzie wcześniej udało mu się odbudować formę – do kraju tulipanów.

 

W Erdevise ponownie odzyskuje zapał do gry i miejsce w składzie. Jego forma rośnie, „Clichy” jest coraz pewniejszy siebie, aż w sezonie 2018/2019 trafia na bardzo trudną decyzję. Pomocnika widzi u siebie legendarny trener Marcelo Bielsa. Argentyńczykowi powierzono misję przywrócenia blasku osłabłej gwieździe Leeds United, co narazie przynosi rezultaty. Do tej misji Marcelo wybiera różnych nieoczywistych zawodników, co wiąże się też oczywiście z budżetem klubu z Leeds. Jednym z wyborów jest Mateusz Klich. Nie powiodło mu się w Niemczech, dwa razy musiał odbudowywać formę u holenderskich średniaków. Czy Premier League to nie za duże buty?

 

Klich jest od 4 sezonów podstawowym graczem w układance Marcelo. Razem z nim awansuje z Championship do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii. Trener ufa naszemu graczowi, a ten odpłaca mu za zaufanie stabilną formą, wykonywaniem zadań i utrzymaniem formy. Klich odrodził się kilka razy – dwa razy w Holandii, w Leeds, ale też w narodowej reprezentacji. Dopiero dzięki dobrym występom u Bielsy wrócił do drużyny z Orzełkiem na piersi.

Piłkarze to też ludzie, tak często o tym zapominamy. Gdy słyszymy doniesienia prasowe czy plotki z ich prywatnego życia, na chwilę potrafimy obedrzeć ich z mityczności i spojrzeć jak na równych sobie. Na murawie jednak ciągle widzimy graczy jako gladiatorów, którzy muszą przez cały czas utrzymywać formę, dbać o siebie i grać dobrą piłkę. Niestety, jak w przypadku kibiców, również i nasi bohaterowie mają dołki, trudniejsze momenty i spadki formy. Pięknie jest oglądać, jak odbudowują się, walczą, wygrywają i wracają do futbolowych niebios! 

 

Koniec cz.1

Inne felietony