Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ

MESSI VS BARTOMEU - kto ma rację?

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 10-09-2020 17:21
MESSI VS BARTOMEU - kto ma rację?

 

"Nie, nie mogę bo jestem stąd" - jako śpiewał niedawno Taco Hemingway - już od kilku dobrych lat mówił sobie w duchu Messi, gładząc kuszące odejściem myśli. Jednakże palące piętno porażki, ale i zwykły rozsądek, skruszyły w końcu sentymentalny, wydawałoby się nieśmiertelny, mur jego lojalności. I pomimo, iż Leo ostatecznie zostanie w Barcelonie na kolejny sezon, szampana nikt rozlewać nie będzie. Póki co, odwiedzenie kapitana od ucieczki to jedyny pozytyw na tonącym okręcie Blaugrany. 

W piątek Leo wreszcie przemówił i przepędził widmo żałoby - przynajmniej na chwilę. Cóż to bowiem jest jeden sezon? Dla kibiców będzie on ledwie mgnieniem, podsumowaniem i wspomnieniem minionych 20 lat z małym wielkim Argentyńczykiem, ale też martwym wyczekiwaniem marcowych wyborów prezydenta klubu. Zmiana sternika to jak na razie jedyna możliwość, która pozwala choćby w snach widzieć złociste nazwisko Messiego na barcelońskim trykocie.

Nie trzeba nikomu udowadniać czy tłumaczyć, że całe to zamieszanie jest rewolucją. Rozłamem, którego nawet najbardziej zdesperowany wróżbita nie śmiałby przewidywać. Pomimo, iż dominuje tendencja postawy obronnej wobec Messiego, wielu jego zachowanie w ostatnich tygodniach ocenia jako niegodne, wręcz hańbiące wielkiego mistrza futbolu. Racji jest tyle, ile ust. I trudno byłoby z jedną czy drugą opozycją walczyć tudzież dowieść jej błędu. Obie obdarzone zostały rządkiem argumentów, z którymi właściwie dyskusji nie ma. Kwestią dylematu pozostaje jednak, co jest ważniejsze. Jednostka czy społeczeństwo? Szczęście milionów ludzi przy męczarniach człowieka czy męczarnia wielu i szczęście jednego? Ulegnięcie sentymentom, wdzięczności, lojalności czy egoistyczne zadowolenie własnej osoby? Te frazy dzwonią w uszach każdemu z nas i biją się między sobą, nomen omen, niczym LM10 i CR7 przez ostatnią dekadę. A który z nich jest lepszy? W żaden z tych sporów nie będę nawet próbował wściubiać nosa, gdyż mogę go stracić. Zastosuję zatem poprawny politycznie, demokratyczny kompromis. A może, pokuszę się nawet o konsensus.

TEKST 1: BARTOMEU OUT!

Josep Maria Bartomeu jest twarzą jednego z największych upadków Barcy w historii. Rozniósł w pył wypracowywaną na Camp Nou latami kulturę pracy i klubową tradycję. Za jego kadencji, afera goni aferę. Manipulacje opinią publiczną na korzyść swoją i niekorzyść własnych zawodników, wyrzucanie grubych milionów na całkowicie zbędne pseudogwiazdeczki i w końcu najbardziej bolesne, kompromitacje w Lidze Mistrzów, o jakich nawet najstarsi Cule nie śnili w najtragiczniejszych koszmarach. Wszystko dodatkowo wzbogacone dziecinną wprost zabawą w kotka i myszkę z największą legendą, która już od kilku dobrych lat samotnie ciągnie ten wózek bez kółek.

Obecny prezydent sprawuje swoją funkcję od 2014 roku i niemalże od początku, czar powoli acz konsekwentnie umykał z nóg i głów jego piłkarzy. W drugim roku kadencji, Barca zdołała jeszcze po raz ostatni posmakować triumfu na międzynarodowym poletku. Zapewne nikt z jej otoczenia wówczas nie uwierzyłby, że za 5 lat nie będą w stanie zdobyć choćby Pucharu Króla.

Barcelona to klub strukturowo słaby na tyle, by pozwolić własnym piłkarzom panoszyć się bardziej niż trener, sztab, czy zarząd. Średnie zarobki piłkarza Barcy sięgają 10,4 mln euro, co czyni go najlepiej opłacanym na świecie. Za nim, o milion mniej (ok. 9,44 mln euro) inkasuje gracz Realu. W przeliczeniu na jednego zawodnika różnica wydaje się niewielka, jednak pomnożona przez trzydziestu tworzących cały skład, oznacza 360 milionów straty do Królewskich!

Od dłuższego czasu Messi zdaje się być jedyną wielką osobowością w wielkim klubie. Nie znalazł się nikt, kto mógłby prowadzić z nim równorzędny dialog, kto wyznaczyłby mu rolę i zakres możliwości. Znalazł się jednak Bartomeu, który zamiast rozmowy zastosował ignorancję oraz kłamstwo, jak chociażby przy rzekomej wolnej woli Messiego wraz z końcem sezonu 19/20. Jak dziś wiadomo, takowa dozwolona była jedynie do 10 czerwca. Tamtego dnia, drużyna Setiena przygotowywała się do wznowienia rozgrywek La Liga. Jeśli zatem są podstawy by postrzegać decyzję Messiego jako nietaktowną, wówczas byłaby wprost irracjonalna.

Wobec tego nie ma się co dziwić Leo, że chce odejść. Cały klub jest jak dom do góry nogami, a wewnątrz niego hula wojna kokosza. Wszyscy przekrzykują się bezmyślnie niczym stado kurcząt, każdy z myślą o sobie. Messi po prostu miał dość tego całego wariactwa i wykonał ruch, dzięki któremu nareszcie wszyscy zamilkli. A to już połowa sukcesu. Pytanie, czy tak samo szybko uda się ten dom odwrócić? Z pewnością nie. Pytanie kolejne, czy podczas owego obrotu część jego mieszkańców, na czele z Bartomeu nie wypadnie oknami? Dla Barcelony, to najwyższy czas by się przekonać.

TEKST 2: MESSI ZDRAJCA!

Nakręcona za ery Guardioli machina do wygrywania, po latach świetności, względnego spokoju, powolnego hamowania, osiadła na mieliźnie. Hiszpański Probierz z Barcą pożegnał się dawno, podobnież Puyol, Xavi czy Iniesta, a z roku na rok coraz bardziej rozrasta się pokoleniowa wyrwa. Paniczne łkania w postaci kupna Griezmanna, Dembele czy Coutinho miały ową dziurę załatać, lecz zamiast pomóc, stworzyły kolejną - dziurę budżetową. Gdy do kompletu doszedł jeszcze raban organizacyjny, pozostało tylko jedno. Jak trwoga, to do Messiego! I kiedy wszyscy - kibice, koledzy z zespołu, zarząd, wpatrywali się w niego błagalnym, mętnym wzrokiem, on uciekł. Jako ten jedyny, któremu czas szarmu nie wyssał, który naturalnie winien stanąć na rufie rewolucji, wywiesił białą flagę.

Każdy romantyczną historię Leo zna. Od kiedy Barca wzięła pod swe skrzydła małego, chorego, acz niezwykle utalentowanego chłopca, aż po dzisiejsze dni pozostali nierozłączni. Gdzieś podświadomie chcielibyśmy, żeby związek ten rozdzieliła dopiero piłkarska śmierć Argentyńczyka. By mógł stanąć na wysokości zadania, dopełniając mit rywalizacji totalnej z Cristiano Ronaldo. 

Sportowcy, ale też dowódcy czy całe państwa, które tworzyły największe pojedynki w dziejach, z czasem urosły do rangi legendarnie antagonistycznych. Nie inaczej jest również w tymże przypadku. Ronaldo - o mniejszym talencie, który swym nadludzkim etosem pracy, iście nadludzki się stał. Messi - nadprzyrodzony zew zamknięty w ciele maluczkiego człowieka, który swym geniuszem rozświetla i przenika nawet najgęściejsze, najliczniejsze połacie rywali. Jeden, urodzony egoista z trudnym życiorysem, który od zawsze stawiał na siebie, z tego słynie i tym szczyt osiągnął - bad boy, przyzwyczajający się do zwycięstw, nie do twarzy. Drugi, ukazany światu przez empatycznych, poczciwych Katalończyków, w nagrodę za uzdrowienie i daną szansę, będzie ozłacać ich wiernie aż po kariery kres. Tutaj niestety, bajka urywa się na „wiernie”.

Leo przeszedł bowiem przemianę. Z nieśmiałego, pokornego, kochającego futbol chłopaka stał się aroganckim bucem, który w każdą klubową sprawę nos swój musi wściubiać. Egoistą, który zapragnął więcej niż jest mu pisane. Z toposu nieskazitelnego piękna futbolu, niespodziewanie wychynęła pokusa zwycięstwa za wszelką cenę. I na nic cudowne przykłady Tottiego, Buffona czy Maldiniego, w obliczu obawy. Obawy, iż metryka goni, a genialne zagrania przychodzą coraz trudniej i coraz rzadziej. Kosmita w końcu pokazał ludzką twarz. Unaocznił swe słabości. Strach przed porażką okazał się silniejszy niż poczucie przynależności, odpowiedzialności, miłość, lojalność i sentyment. Wrodzony instynkt przetrwania, ku zdumieniu i rozczarowaniu kibiców z całego świata, wraz z Barceloną odczarował także Messiego, strącając bezpowrotnie sponad jego głowy, przewidzianą na wieczność, piłkarską aureolę.

* * *

Był rozum, było i serce. Fakty, ale przede wszystkim emocje, których wyzbyć się nie podobna. Dla jednych wizja odejścia Messiego zawsze będzie tekstem 2, dla innych - rozczulającą acz konieczną, wyprowadzką dziecka z domu rodzinnego. Dla kolejnych znowuż, spełnieniem fascynującego snu o LM10 i CR7, po tej samej stronie barykady. Niezależnie jednak od tego, którą z nich pójdziemy w naszych głowach, decyzję podjąć może tylko jeden człowiek. I nieważne jak byśmy kochali, chcieli lub pragnęli, karty dzierży jedynie on sam. A my, najlepiej uczynimy, z niecierpliwością wyczekując wielkiego zakończenia tej trzymającej w napięciu, najwspanialszej futbolowej sagi od lat! A być może, najwspanialszej w historii…

Inne felietony