Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Quo Vadis Ole, czyli karabin czy kapiszon? Część 1. Pochwały

Dodał: Jan Szlempo
Data dodania: 24-10-2021 14:14
Quo Vadis Ole, czyli karabin czy kapiszon? Część 1. Pochwały

Dzisiejszy Manchester United to klub niezwykły, bowiem całkowicie nieobliczalny. I niestety nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nieprzewidywalność drużyny z Old Trafford to ból głowy kibiców, nie mogą bowiem domyślać się, co zrobią ich ulubieni piłkarze. Zagrają wybitne spotkanie i wysoko wygrają? Strzelą kilka pięknych bramek? A może stracą kilka głupich? Od lat kibicowanie Czerwonym Diabłom to raczej gorzka zabawa, dziś – po prostu jedna, wielka niewiadoma. 

DNA. I co dalej?

Ole Gunnar Solskjaer wśród swoich ulubionych słów ma jedno, które mógłby oprawić w złotą ramkę: „DNA”. Używa go praktycznie zawsze – mówiąc o odpowiednich dla swojej ekipy piłkarzach, mówiąc o strategii meczowej, o planach na przyszłość. Niedługo będzie odpowiadał tak na pytanie żony, co chciałby zjeść na kolację. Norweg do znudzenia mówi o DNA United i zaczyna się to robić tendencyjne i na wyrost. 

Jest jednak jedną z kilku osób, które mają do takich stwierdzeń pełne prawo. Jako piłkarz spędził w United, prowadzonym przez sir Alexa Fergusona, aż 11 lat, zdobywając 9 trofeów, w tym to najważniejsze, czyli Puchar Ligi Mistrzów. Dla SAF-a Ole był superrezerwowym, czarnym koniem, który – wpuszczony na boisko w końcowej fazie meczu – zapewni drużynie upragnione bramki i zwycięstwo. Tak przecież było też właśnie w 1999 roku, gdy United pokonało w ostatnich minutach doskonale dysponowany Bayern Monachium. Niekorzystny wynik i powrót w ostatnich minutach – to jest właśnie DNA Manchesteru United, do którego tak często odnosi się Norweg.

Bycie częścią drużyny Fergusona na pewno naznaczyło Ole Gunnara. Nie można wyobrazić sobie wielu lepszych nauczycieli futbolu od Szkota, zaś były szkoleniowiec Malmö miał dużo czasu, by przyglądać się jego rzemiosłu. Dziedzictwo całego United i Fergusona jest w sercu Norwega w bardzo ważnym miejscu, widać to w jego decyzjach i wypowiedziach. Jak każdy jednak – Ole chce narzucić swój styl, swoją wizję i pomysły. Dziś nie do końca wiadomo, czy jakąkolwiek wizję posiada.

Pochwała numer 1. Porządki na Old Trafford

To Ole posprzątał w stajni Augiasza bałagan , którego narobili kolejno Moyes, Luis van Gaal i Jose Mourinho. Chociaż dwaj ostatni dołożyli trofea do klubowej gablotki, to trudno powiedzieć, że ich czasy na ławce trenerskiej w Manchesterze były szczęśliwe. Oczywiście – nie chodzi tylko o zwycięstwa, ale też styl i atmosferę w szatni. Ta, od momentu gdy na emeryturę przeszedł Ferguson, była fatalna i nikt nie mógł sobie poradzić z prowadzeniem klubu.

Wprawdzie van Gaal i Mourinho to wspaniali fachowcy, którzy w swoim CV mają już wpisane prowadzenie największych zespołów na świecie nie udźwignęli jednak presji, jaką zostawił za sobą Fergie. Każdy z nich palił mosty, konfliktował się z piłkarzami, pokazując też, że ich trenerskie ego wyrasta wysoko ponad Old Trafford.

Ole jest pierwszym trenerem we współczesnej erze Manchesteru United, który odłożył na bok megalomanię, przywdział uśmiech i przywrócił radość na Old Trafford. Zaczął pozbywać się graczy pobierających wysokie tygodniówki, którzy niewiele wnosili na boisko. I to pierwsza pozytywna zmiana, bowiem klub zdążył stać się transferowym pośmiewiskiem. W ostatnich latach ze składu wypadli m. in. średni, choć wszechstronny Daley Blind, drewniany jak dąb Bartek Marouane Fellaini, groteskowy Romelu Lukaku, tragiczny i drogi Alexis Sanchez czy też niepotrzebni w układance Chris Smalling, Matteo Darmian i Ander Herrera.

Pochwała numer 2. Zaproszenie do klubu

Odejścia z klubu były trafione, choć na ławce rezerwowych zasiada jeszcze kilku graczy, którzy pobierają wynagrodzenia niewspółmierne z ich wkładem w rozwój drużyny. Tym niemniej za kadencji Norwega klub zaczął przeprowadzać dobre transfery też w drugą stronę, odzyskując miano drużyny, która w czasie okienka pokazuje kły, a nie mleczaki. Do Manchesteru przywędrowali Bruno Fernandes, od pierwszej minuty grający w Teatrze Marzeń jak z nut. 

Doświadczony Edison Cavani trafił do United jeszcze w trakcie pandemii, ale został, by przywitać się z kibicami Czerwonych Diabłów swoimi golami i podzielić ich radość. Wprowadzany powoli jest też Amad Diallo, talent z Atalanty. Na kilku pozycjach zaczęła się bardzo rozwijająca rywalizacja – Luke Shaw musiał poczuć na swoim karku oddech Alexa Tellesa, który trafił do Anglii z FC Porto, zaś David de Gea kilka spotkań spędził na ławce rezerwowych – w jego miejsce wszedł wychowanek klubu, Dean Henderson. Teraz zarówno Shaw, jak i de Gea są jasnymi punktami wyjściowej jedenastki – konkurencja w składzie zadziałała na nich motywująco. 

Zakończyła się też saga transferowa z udziałem Jadona Sancho. Wychowanek Manchesteru City był łączony z United od kilku sezonów, kibice domagali się sprowadzenia Anglika, upatrując w nim kolejnej torpedy w ofensywie. Wprawdzie na razie były gracz Borussi nie pokazał, na co go stać, ale nie wyczerpał jeszcze cierpliwości trenera i fanów. Do Teatru Marzeń trafił też Raphaël Varane i od razu wniósł ogrom doświadczenia. Szrankę defensywną sezon wcześniej zasilił nazywany Spider-Manem Aaron Wan Bissaka, który szybko zapracował na zaufanie. No i ostatni, najgłośniejszy transfer ostatnich lat – na Old Trafford zawitał Cristiano Ronaldo. I uratował zespół już kilka razy, strzelając gole w ostatnich minutach, ale też wspierając kolegów z tyłu. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Nawet w ostatnim meczu przeciwko Atalancie to Ronaldo strzelił gola dającego zwycięstwo w ostatnich minutach. Manchester United przegrywał 0:2, ale zmartwychwstał dzięki Portugalczykowi, który spokojnie mógłby nazywać się Christiano Ronaldo.

Pochwała numer 3. Ole to dobry papa (nawet jeśli Murinho twierdzi inaczej)

Pamiętamy, jak Jose Mourinho krytykował między innymi Luke’a Show’a. Nazywał Pogbę wirusem, a jego wzrok był bardziej posępny niż powieści Edgara Allana Poe. Takie sytuacje nie mają dziś w United miejsca, a przynajmniej nie trafiają na pierwsze strony gazet. Ole Gunnar Solskjaer nie jest dobrym wujkiem, który zawsze będzie chwalił piłkarzy. Ale nigdy nie pozwolił sobie na krytykę swoich chłopaków w czasie konferencji prasowej czy wywiadów przedmeczowych. Ole broni graczy, nawet tych, wobec których kibice mają uzasadnione wątpliwości. 

To bardzo mądra taktyka, na przestrzeni ostatnich lat za dużo było bowiem na Old Trafford złości, niepewności i konfliktów. Megalomańskie zachowania van Gaala i Mourinho pokpiły estymę, jaką zbudował w Manchesterze Ferguson. Portugalczyk miał zresztą pewną potyczkę słowną z Norwegiem – Ole ograł Jose, który był jeszcze wtedy trenerem Tottenhamu, ale kością niezgody okazała się sytuacja z 35. minuty, gdy pomocnik Kogutów, Heung Min Son, leżał na murawie, symulując kontuzję po faulu, który nie miał miejsca. „Nie oszukujmy się. Muszę to powiedzieć, gdyby mój syn leżał w takiej sytuacji przez 3 minuty na ziemi i potrzebował 10 swoich kolegów, żeby się ogarnąć, nie dostałby żadnego jedzenia”. Być może były to nieco niefortunne słowa w kontekście tego, że Son pochodzi z Korei.

Rozgoryczenia nie krył Portugalczyk, zapytany o tę sytuację: „Chcę tylko powiedzieć, że Sonny ma wielkie szczęście, że jego ojciec jest lepszą osobą niż Ole”. Być może Mourinho faktycznie martwił się o Sona, a może rozgoryczony był wynikiem niekorzystnym dla jego drużyny, a samego José stawiał na wylocie z klubu. Ostatnie zdanie należało do… syna Ole Gunnara, który przekazał, że faktycznie nie zachowałby się jak Son, a obiad dostaje zawsze.

To pokazuje tendencje Norwega – potrafi być surowy i ostry, ale nigdy nie zostawi za sobą tych, którzy mu ufają i dla niego grają. Brakowało tak czystej i spokojnej atmosfery na Old Trafford. Zwłaszcza, że trzon United tworzy dziś sztab osób związanych z klubem. Do Manchesteru wrócił Mike Phelan, obok niego widzimy Michaela Carricka, od 5 lat z United pracuje też Kieran McKenna. 

Pochwała numer 4. (Od)budowniczy Ole

Dzięki wprowadzeniu konkurencji do składu, ale również poprzez rozmowy z zawodnikami i zaufanie, kilku piłkarzy ze składu United odbudowało formę i wskoczyło na wyższe obroty na boisku. Wspomniani wcześniej de Gea czy Luke Shaw należą do absolutnego światowego topu i swoją rolę odegrał w tym norweski trener. Były napastnik wspiera też Jessie’ego Lingarda, wychowanka United. Jessie pokazał na wypożyczeniu w West Hamie, że jest wartościowym graczem i chce walczyć o pierwszy skład w swoim klubie macierzystym. OGS to widzi i daje mu szansę, a w mediach wypowiada się o swoim zawodniku w samych superlatywach. 

 Fantastycznie w tym sezonie prezentuje się Paul Pogba. Mistrz Świata, z pewnością charakterystyczny piłkarz, jest krytykowany częściej, niż polski rząd krytykuje Tuska. W tym sezonie zagrał dla Manchesteru United 11 spotkań, w czasie których zaliczył 8 asyst. Dla porównania – w całym sezonie 19/20 zaliczył tych asyst… 4. Dobrze prowadzony Pogba to zawodnik, który potrafi zmienić bieg wydarzeń na boisku, chociaż jego krytycy mają argumenty – Paul nie zawsze daje z siebie wszystko, czasem brakuje mu dyscypliny i umiejętności w defensywie. Jednak nie są to elementy gry, które go definiują. Pogba to zawodnik ofensywny i wygląda na to, że dobrze dogaduje się z Ole, co w efekcie może dać kibicom dużo radości.

Przy Norwegu rozwijają się też młode talenty. Przebojem do pierwszego składu przedziera się Mason Greenwood, którego zagrania, kiwki i strzały są wykonywane z taką prędkością i dynamiką, że mógłby być brany za reprezentanta Brazylii. Marcus Rashford, kolejna ofensywna perełka, również ma potencjał, by zostać niekwestionowaną legendą. Obaj to wychowankowie Manchesteru, drugi czaruje nie tylko na boisku, ale też poza. Jest działaczem charytatywnym i filantropem. Wielu piłkarzy mogłoby się uczyć od Rashforda dojrzałości, bo jego wsparcie dla biednych i potrzebujących jest najzwyczajniej w świecie wzruszające. Jeśli dołożymy do tego wielki talent piłkarski i zabójczy instynkt – dostajemy mieszankę idealną. 

Koniec częsci 1. 

 

TAGI

Inne felietony