Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

DRUGIE ŻYCIE | PROZA FUTBOLU #5

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 28-10-2021 23:05
źródło zdjęcia: youtube.com/Standard de Liege


Odstawiam teczkę. Wieszam wymiętą, spoconą po całym dniu pracy koszulę na krześle i czym prędzej zakładam ulubioną koszulkę Newcastle. Tę z pierwszego sezonu Alana Shearera, z sezonu wicemistrzostwa Anglii. Z tą pamiętną reklamą naszego lokalnego piwa. Ech, ileż ja bym dał, żeby zamiast logo indyjskiego bukmachera znów zobaczyć tam granatową gwiazdę i czerwony napis “Newcastle Brown Ale”.   

Jak zawsze wybieram niespieszny spacer. Odkąd pamiętam, czy z dziadkiem, z tatą, czy teraz sam, zawsze szedłem tą samą trasą. Tylko tutaj można podziwiać ten wspaniały widok - wyłaniającego się zza drzew monumentu St. James’ Park. Te drzewa, już usychające jesienną porą, one też, tak jak ja, pamiętają czasy Shearera i europejskich pucharów. A dzisiaj co z tego pozostało? Największą euforię wywołuje liche utrzymanie w lidze. Kiedyś w tym mieście było to nie do pomyślenia...  

Jak zawsze zasiadam na moim ulubionym krzesełku. Witam się ze wszystkimi dookoła, oni też od lat mają te same miejsca. Na palcach jednej ręki mogę policzyć mecze, gdy zamiast jednego z nich siedział ktoś całkiem obcy. Niektórych znam jeszcze z czasów szkolnych. Nie pamiętam już nawet kiedy to było. I że w ogóle kiedyś było. Czasem to oni zdają mi się jedynym dowodem mojej młodości. To, że właśnie z tego okresu ich znam. Choć pewnie też tego nie pamiętają. Utarło się nam wszystkim w głowie hasło, że znamy się od dzieciaka, więc tak mówimy. Mimo że od lat już nikt tych dzieciaków nie widział.   

Końcówka pierwszej połowy. Nasi znowu przegrywają. Akurat z Tottenhamem mógłbym im wybaczyć, tylko że oni partaczą ze wszystkimi. Teraz są na przedostatnim miejscu w lidze, ale może uda się jakoś utrzymać. Już zapomniałem, jak to jest być na trybunach meczu Championship. A z chęcią bym sobie przypomniał, bo tamta atmosfera jest o wiele bardziej angielska, brudna - taka jak powinna być. W niższych ligach jest jeszcze lepiej. Często słyszę, że to po Premier League widać, że Anglia jest kolebką futbolu, bo niby najsilniejsza liga świata. Guzik prawda.  

Piłka od zawsze była sportem klasy robotniczej. Męską, brutalną rozrywką, w której najlepsza zabawa zaczynała się podczas łamania zasad. Bestialski faul cieszył o wiele bardziej niż piękna bramka. Pozwalał wyrzucić frustrację, uwalniał choć na chwilę z tego gniotącego serce ucisku. Ucisku małego, niefunkcjonalnego mieszkania, wszechobecnego deszczu i błota, drażniącego dymu z fabrycznych kominów. Tej niebezpiecznej, niskopłatnej roboty, która zapewniając środki na jakiekolwiek życie, jednocześnie odbierała całą do niego ochotę. Tak właśnie - grali i żyli ci legendarni pionierzy futbolu. A dzisiaj, w tym samym miejscu, w którym oni umorusani ziemią walczyli o piłkę jak o życie - ja siedzę jak panisko, na stadionie najbogatszego klubu świata. Bo tym jest teraz Newcastle. Wszyscy mają gdzieś historie zapisane w fundamentach tego stadionu. Najważniejszy jest arabski bilioner.  

A pieprzyć to wszystko! Czymże jest dzisiaj ta piłka nożna, w której się zakochałem?! Nie jest prawdziwą, wraz ze mną starzejącą się żoną, a przykrytą tonami tapety i drogich ubrań lalką wypchaną botoksem. Schludną wydmuszką, na siłę wciskaną do współczesnego świata absurdów. Nie mam zamiaru brać w tym udziału, udawać, że wszystko mi pasuje!  

Czym prędzej podrywam się z miejsca i... nie mogę się ruszyć. Widzę wieczorne niebo, trybunę, murawę, barierki, sąsiadów z miejsc obok, ale nie mogę zmienić obrazu. Nie czuję nic oprócz oczu. One wyraźnie pulsują, z całych sił starając się zachować minimum orientacji przestrzennej. Ale obraz wciąż ten sam, jakbym miał zdjęcie przyklejone do twarzy. Nagle wszystko zaczyna wirować jak w kalejdoskopie, coś błyska z lewej, to zaraz z prawej, naraz w wielu miejscach. Czuję coś jeszcze prócz oczu. Ból. Tam niżej, pod szyją. Jakby był pode mną, przyciągał mnie do siebie. Obraz powoli sunie w dół.   

Widzę samo niebo. I głowy. Wyłaniają się po kolei jak kaczki w stawie. Jedna, druga... osiem. Co ich tak dużo, może chlebka chcą? Ale ja nie mam nigdzie pod ręką, gdybym miał choć kromkę, dałbym przecież. Nawet jasnego, choć nie mogą go jeść. Człowiek też wielu rzeczy nie może a je i pije je, i jeszcze się po tym dobrze czuje. Ach, jakie wygłodniałe te kaczki! Zaczynają się przybliżać, dziobią mnie! Jedna przysłania resztę, zaczyna mnie szturchać. Widzę z bliska jej pyszczek, mordkę, twarz... właściwie co ma kaczka? Z bliska ją widzę, łypie na mnie wielkimi oczyma, telepie mnie coraz mocniej. Obraz jak winda, ciągle w górę i w dół. Nie wiem, które to piętro. Ja mieszkam na czwartym, ale to na pewno nie moje. Może to trzecie. To jadę dalej. Tylko zepsuta jakaś ta winda. Na czwarte to w górę, a ewidentnie pędzimy w dół. Jakby spadała. Nigdy nie byłem w spadającej windzie. Podobno trzeba się położyć na ziemi, wtedy są szanse na przeżycie. Ale fart, że leżę już od jakiegoś czasu, sam bym się nie położył. Samymi oczami nie da rady. Albo tym bólem.   

A ten ból to już całkiem oszalał. Był na dole, a teraz jest nade mną, widzę go wyraźnie. Znowu mnie wciąga. Albo to ja go wciągam? Zbliża się do mnie. Słyszę go, piszczy strasznie. Piszczy jak moja nauczycielka, kiedy podłożyliśmy jej zabawkowego pająka. Wskoczyła na krzesło i rozrzucała stopami nasze sprawdziany. Śmiałem się wtedy do rozpuku, wszyscy się śmialiśmy. Ból też się śmieje, chyba słyszał co mówiłem. Przybliża się coraz bardziej. Czuję, jak mnie chwyta, jak mi się do twarzy dobiera. Jakby mi skórę chciał zedrzeć, oczy wyłupić! Nie, nie, nie pomocy!!!  

*            *            *  

Otwieram oczy. Oślepia mnie jaskrawe światło, próbuję zasłonić twarz dłonią, ale bezskutecznie. Nie mam siły nią ruszyć. Trudno, zaraz się przyzwyczaję. Całe to pomieszczenie jest białe - białe kafelki na podłodze i ścianach, białe szafki, drzwi, sufit też biały. I biała postać odwrócona tyłem. Gdzie ja jestem? Co się w ogóle stało?  

- O, w końcu się pan obudził! - powiedziała biała postać.  
- Gdzie ja jestem? Co się ze mną stało?  
- Nie pamięta pan? Dostał pan ataku serca podczas meczu, przerwano spotkanie. Potem przewieziono pana do szpitala, przeprowadzono operację i jest pan teraz na sali pooperacyjnej.  
- Jak... jak to przerwano spotkanie?  
- Tak było proszę pana. Wszystkie największe stacje pana pokazywały! Otóż ludzie na trybunach zaczęli krzyczeć, że coś panu dolega, dwóch zawodników to zauważyło i dało znać sędziemu, który zarządził przerwę. Uratowali panu życie. Gdyby nie szybka reakcja ich wszystkich, pewnie byśmy nie rozmawiali. Miał pan furę szczęścia!   
- Na razie proszę odpoczywać. Doktor, który pana operował niedługo do pana przyjdzie - rzuciła na odchodne, zamykając za sobą drzwi.  

Na stoliku obok mojego łóżka leżał zegarek, dwie mandarynki i gazeta. Na jej okładce widniał nagłówek: “44-letni kibic Newcastle doznał ataku serca na stadionie!”. Jeśli to, co powiedziała ta pielęgniarka jest prawdą, to naprawdę jestem niebywałym szczęściarzem. Jakie życie potrafi być przewrotne. I dziwne. Jednego dnia jestem zwykłym szarym Anglikiem, drugiego mówi o mnie cała Europa. Jednego dnia jestem, drugiego może mnie nie być. Przecież gdybym ten atak miał w drodze na stadion albo wracając do domu po meczu - umarłbym w bólu i strachu, sam jak palec, bez nadziei na jakąkolwiek pomoc. Następnego dnia rano ktoś idąc do pracy znalazłby moje zimne, mokre od deszczu truchło. Cały dzień miałby ten ktoś zrujnowany. Albo i tydzień, miesiąc może nawet.   

A moja rodzina? Żona, dzieci, rodzice. Tyle lat byłem, żadnych poważniejszych problemów ze zdrowiem i bum - jednego wieczoru znikam na zawsze. Jak ten przysłowiowy młody ojciec, gdy dowiaduje się o ciąży swojej dziewczyny - pewnego dnia idzie do sklepu po mleko i już nigdy nie wraca. Tak samo ja - wyszedłem wczoraj z domu o 16:45 i tyle mnie było. Wszystko co wczoraj robiłem, mogłem robić po raz ostatni. Wystarczyło tylko, żebym upadł godzinę wcześniej lub później. Tyle lat życia, starań, wysiłków, celów, marzeń, emocji - ległoby niezauważenie na ścieżkę w parku.  

Zacząłem przeglądać kolejne strony. Jak zawsze na koniec zostawiłem sobie najlepsze - informacje sportowe. Moją uwagę szczególnie przyciągnął jeden artykuł.

“Podczas sobotniego spotkania 11. kolejki ligi belgijskiej pomiędzy Standardem Liege a OH Leuven bramkarz przyjezdnych został ogłuszony petardą. Sytuacja ta miała miejsce w 10. minucie doliczonego czasu gry. Do agresywnego zachowania jednego z kibiców najprawdopodobniej sprowokowała fantastyczna remontada graczy z Leuven. Od 50. minuty po golu Denisa Dragusa, Standard prowadził 2:0. Jednakże w doliczonym czasie gry, piłkarze z Leuven wspięli się na swoje absolutne wyżyny. Po golach w 93. i 99. minucie podopieczni trenera Marca Brysa wyrównali stan rywalizacji. Dosłownie kilkanaście sekund przed końcem spotkania na boisko została rzucona petarda hukowa. Na nieszczęście, wybuchła tuż pod nogami bramkarza gości, Rafaela Romo. 31-latek ekwadorskiego pochodzenia padł na ziemię. Po interwencji pomocy medycznej zdołał dokończyć spotkanie. Historii tej jednak daleko jeszcze do happyendu. Zawodnik od ponad 24 godzin nie odzyskał słuchu. Według lekarzy prognozy są pozytywne, aczkolwiek nadal nie można wykluczyć trwałego uszkodzenia. Dzisiaj Rafaelowi Romo zostaną wykonane szczegółowe badania, które dadzą ostateczną odpowiedź na temat jego stanu zdrowia.”  

Oszołomiony odłożyłem gazetę, wpatrując się hipnotycznie w śnieżnobiały sufit. Wczorajszego wieczoru na stadionie piłkarskim dostałem drugie życie, ze szponów śmierci wyrywało mnie w sumie kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt osób. A dzień wcześniej, na takim samym stadionie, życie tego bramkarza zostało całkowicie zmiażdżone. Stracił słuch. Od prawie dwóch dni żyje w permanentnym strachu - czy zdoła go odzyskać. A jak nie odzyska, to co dalej? Co z jego karierą, z jego rodziną, jak będzie ją utrzymywał, co on ma niby robić, jeśli niczego nie słyszy. I jak ma zapełnić tę pustkę w głowie, kiedy nie docierają do niego żadne dźwięki. Całe życie słyszał, nawet teraz, leżąc w bezruchu w pustej sali pooperacyjnej słyszę przynajmniej kilka dźwięków. Z czego sam wydaję połowę z nich. Możemy przestać oddychać, ale bicie serca, piski w uszach, kichnięcia są od nas niezależne. Jesteśmy nieustannie i niezbywalnie otoczeni przez dźwięki. I w jednej chwili ten fakt możemy wyrzucić do śmieci.   

W ułamku sekundy nasze życie może zmienić się nie do poznania. Jakbyśmy zostali teleportowani, urodzeni w nowym ciele. Jako niesłyszący, niepełnosprawny, bezbronny, bezradny i bezsilny wrak istoty ludzkiej. Z pięknej, szczęśliwej duszy do absolutnej pustki i ciemności okrytej kośćmi, mięsem i skórą. Nawet nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić, dopóki tego nie przeżyjemy. Bo żaden człowiek, który nie przeżył czegoś takiego, nie potrafi zwizualizować sobie absolutnej pustki i ciemności. Bo nie istnieje pierwotnie w naszym świecie taki byt. On dopiero powstaje, kiedy ten z pozoru piękny, czasem wręcz cudowny świat jak wygłodniały pies wygryzie z nas całe wnętrze. A najgorsze jest to, że nawet nie możemy wybrać ani jakkolwiek wpłynąć na to - komu trafi się drugie życie, a kogo trafi cholerna petarda. 

Mówiłem, że życie jest dziwne? Cofam te słowa. Życie jest kompletnie poj*bane. 

TAGI

Inne felietony