Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Matko Boska, przecież to jest niepojęte! Wayne Rooney - kiedyś i dziś

Dodał: Jan Szlempo
Data dodania: 17-02-2022 10:30
Matko Boska, przecież to jest niepojęte! Wayne Rooney - kiedyś i dziś

Rooney nigdy nie należał do boiskowych gentelmanów, mimo angielskiej krwi. Daleko mu jednak do arystokratycznej części Brytanii. Wayne to chłopak z bloków, z podwórek, gdzie kształtował się jego charakter. To chłopak, który musiał walczyć o swoją codzienność, o byt, o szacunek na ulicy. To chłopak, który niczego nie dostał, nie miał zapewnionego dobrego startu, nie otrzymał wykształcenia i bezpiecznego domu. To chłopak, który osiągnął wszystko. 

 

Krnąbrny gość

Tytułów, które ma na koncie były reprezentant Anglii jest bez liku. Grał pod batutą Sir Alexa Fergusona, nic więc dziwnego  w tym, że seryjnie zdobywał trofea. Nie był jednak zwykłym graczem, którego Szkot ściągnął, by służył w jego armii i wykonywał rozkazy. Rooneya sprowadził do United przecież, gdy ten był ciągle nastolatkiem, odkryciem. Młodzieniec kochał drużynę z niebieskimi koszulkami, kochał swoje miasto, ale wizja gry w największym angielskim klubie była zbyt kusząca. W wieku 19 lat stał się napastnikiem Manchesteru United. 

Relacje między Fergusonem, a Rooneyem były specyficzne. Obaj kochali wygrywać, obaj byli najważniejsi. Był okres, w którym nie chcieli ze sobą współpracować, ale wiedzieli, że to czas, w którym potrzebują się nawzajem. Chropowata znajomość dla Wayne’a, oznaczała naukę - jak z chłopca, stać się mężczyzną. Dla Fergusona - że pomimo osobistych animozji, nie może odsunąć od składu kogoś tak wyjątkowego.

Historia, którą napisał Rooney w czerwonym Manchesterze, kiedy jego niebieska część była dopiero klubem aspirującym do miana “wielkiego” (trochę im jeszcze zajmie, zanim bez wątpliwości będzie można używać tego przydomku w kontekście osiągnięć sportowych), historia, którą pisze też teraz, jako trener Derby County to dowód na niezłomność. 

Wayne Rooney był jednym z ostatnich piłkarzy “starej szkoły”. I nie chodzi o to, by szukać postaw a’la Roy Keane, ale o to, by się nie poddawać. Rooney grał w takim stylu, jakby każdy mecz był najważniejszy, jakby gol był jedynym celem w życiu, a przegrana - nie wchodziła w rachubę. Dziś te wartości próbuje przekazać jako trener i wygląda na to, że dobrze mu idzie.

Wielki gracz w wielkich czasach

To była inna piłka nożna. Nie była lepsza, ani gorsza - miała swoje wschody i zachody, ale jej smak i zapach pamiętają wszyscy, którzy śledzili poczynania takich piłkarzy jak Rooney. A ten od zawsze był po prostu wyjątkowy. 

Głośno zrobiło się o nim w październiku 2002 roku, kiedy wszyscy wspominali jeszcze niedawny mundial. Nikt nie wiedział jednak, że w miejsce starych tytanów, właśnie wyrasta nowy. 16-letni Wayne Rooney, grając w barwach Evertonu strzelił gola na wagę zwycięstwa w prestiżowym pojedynku przeciwko Arsenalowi Londyn. Zatrzymał tym samym marsz ekipy prowadzonej przez Wengera. Londyńczykom udało się uzbierać 30 meczów bez porażki, aż natknęli się na wojowniczego nastolatka. Stał się wtedy najmłodszym strzelcem w historii Premier League, a to nie jedyny rekord, który podpisał swoim nazwiskiem. 

Piłkarz był też najmłodszym debiutantem w reprezentacji - miał wtedy 17 lat i 111 dni. Za jakiego nastolatka (jak na tamte czasy) wydano największe pieniądze? Na Rooneya. 
W 2005 roku przez FIFPro został wybrany najlepszym piłkarzem Świata Młodego Pokolenia, sezon później wybrany został najlepszym piłkarzem Ligi Angielskiej, ta sztuka udała mu się dwa razy. Również dwukrotnie stawał na najwyższym miejscu podium w kategorii “najlepszy piłkarz reprezentacji Anglii”. Jego ekwilibrystyczne trafienie, które zdobył w derbach Manchesteru zostało uznane za najpiękniejszego gola w historii Premier League. Jest też najskuteczniejszym strzelcem reprezentacyjnym, do niego należy tytuł najskuteczniejszego strzelca Manchesteru United. Ten mierzący tylko 174 centymetry piłkarz był wybitny, a nagrody i tytuły, to tylko część jego wielkości. Bo jak statystyką oddać serce, jakie miał do gry Wayne Rooney? 

Piłkarz, trener, człowiek

Do Fergusona przemawiał przede wszystkim priorytet, jaki ustawił sobie Rooney. Nie interesowały go wymyślne fryzury, nie nosił ekstrawaganckich ciuchów. Był człowiekiem z krwi i kości, a w tej krwi płynęła mieszanka wódki, agresji i piłki nożnej. Jeśli ten pierwszy komponent zmienimy na wino - moglibyśmy opisać Fergiego. Może dlatego panowie nie pałali do siebie sympatią - bo byli do siebie bardzo podobni. 

Charakter Rooneya dziś widzimy w jego trenerskiej karierze. Anglik zasiada na ławce w drużynie Derby County i podnosi ją z dna - motywacją, pomysłami i pieniędzmi. Wayne nie rzuca słów na wiatr, a działanie w drużynie z Championship to coś więcej, niż po prostu miejsce pracy. Rooney dostał przecież ofertę, by wrócić do Evertonu - klubu, który był dla niego przepustką do wielkiego świata piłki nożnej. Jego były klub potrzebował trenera i Rooney wydawał się być świetnym kandydatem - ambitny, pomysłowy, no i związany emocjonalnie z klubem. Ten jednak odmówił, pokazał światu, że nie odejdzie, dopóki projekt, który zaczął, trwa. 

Jako trener w Derby zapłacił za sprzęt treningowy, potrzebny do pełnego realizowania treningowych planów, gdy klub borykał się z problemami finansowymi. Rooney kupił też drona, który ma pomagać analizować grę. “Będę was bronił. Wezmę winę na siebie” - to są słowa, które kieruje do swoich podopiecznych, żeby nie bali się, żeby byli odważni, żeby czuli, że ktoś się nimi opiekuje. Chyba co nie co przejął od Fergiego - ten przecież bronił zaciekle swoich piłkarzy, w tym Wayne’a. W biurze w klubie ma miejsce do spania - Wayne pracuje czasem tak dużo, że nie opłaca mu się wracać do domu. A wyniki w klubie? Lepsze niż dobre.

Rooney jest jednak bardziej empatycznym człowiekiem niż Ferguson. Zna on ciemne storny sławy, ciężary związane z presją. Piłkarz pochodzi z pokolenia, które nie mogło otwarcie rozmawiać o problemach. A przecież każdy może tego potrzebować, Wayne to wie i to też przekazuje swoim graczom. Rooney uczył się na błędach i pomaga ich unikać. Nie boi się też o nich opowiadać:

“W wieku 16 lat nie byłem mentalnie przygotowany na bycie profesjonalnym piłkarzem Premier League. Presja, jaka ciążyła na mnie po dołączeniu do Manchesteru United, była niesamowita. Zajęło mi dużo czasu, by uporać się z tym wszystkim. Kiedy mieliśmy kilka dni wolnego od piłki nożnej, zamykałem się i po prostu piłem, próbując wyrzucić wszystko z głowy. To było zdecydowanie coś więcej, niż tylko jeden drink. Tak było do momentu, gdy urodził się mój pierwszy syn. Teraz moje podejście do alkoholu jest zdrowe. [...] Przez długi czas cierpiałem w środku. Znalazłem sposób by sobie z tym poradzić, jednak wiele tych momentów kończyło się spożywaniem alkoholu. W pewnych momentach czułem, że utknąłem. Nie mogłem po prostu wyjść na trening i powiedzieć o tym że zmagam się z problemami psychicznymi. Nie mogłem iść do takich gości jak Roy Keane czy Ryan Giggs i powiedzieć im, że mam problem i z nim walczę. To była mieszanka wszystkich kłopotów - czasami były to występy na boisku, czasami sprawy poza boiskiem oraz w klubie. Teraz jest o wiele łatwiej powiadomić kogoś o swoim samopoczuciu, ponieważ ludzie rozpoznają problem ze zdrowiem psychicznym, rozmawiają o nim i próbują go wcześnie wychwycić, zwłaszcza u niektórych młodych graczy”

Rooney jest gościem, który w młodości miał ksywę “pies”. Szlajał się po mrocznych i niebezpiecznych ulicach Liverpoolu, nie bał się nikogo. Nie mógł się bać. Potem ta odwaga pozwoliła mu kłócić się z Keanem, z Fergusonem. Zapłacił za to jednak cenę, jaką były problemy - w relacjach, mentalne, ale również te z alkoholem. Dziś, czytając słowa Wayne Rooneya, widzimy mądrość, dojrzałość i refleksję. Rooney dalej jest psem. Dziś jednak nie musi już gryźć. 

TAGI

Inne felietony