Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Nie ma tego złego. Thomas Tuchel i jego londyńska maszyna

Dodał: Jan Szlempo
Data dodania: 21-02-2022 9:58
Nie ma tego złego. Thomas Tuchel i jego londyńska maszyna

Tuchel jest fachowcem. Jeśli pochylimy się nad jego dokonaniami, musimy powiedzieć jedno - ten człowiek przejdzie do historii piłki nożnej, jako jeden z najlepszych trenerów w historii. Wygląda na to, że znalazł patent na wygrywanie, dojrzał do gry odważnej, gdy jest na to miejsce. I zachowawczej, gdy wymaga tego walka o punkty. Brakuje mu jeszcze kilku tytułów w gablocie, ale to kwestia czasu.

 

Prawda tkwiąca w dawnych przysłowiach 

Gdy włodarze Paris Saint Germain dołożyli kolejny argument do skrzynki z napisem “klasy nie mamy - przykłady”, nikt nie mógł spodziewać się tego, co nadejdzie. Właściciele klubu z Paryża nie umieli trzymać poziomu, kiedy żegnali się z Thago Silvą, klauzule w kontrakcie Neymara tylko potwierdzają, że klub - jako organizacja - nie ma siły i tradycji, a  zwalniając 24 grudnia 2020 roku Thomasa Tuchela udowodnili, że poza marketingiem nie mają nic do zaproponowania piłkarskiemu światu. 

Prezent, który szejkowie z Paryża wręczyli trenerowi Tuchelowi musiał spędzać im potem przez jakiś czas sen z powiek. Byli skonfliktowani z niemieckim trenerem, poróżniły ich wizje, transfery, a zapewne też rozgoryczenie naftowych chłopaków brakiem trofeum za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Tuchel wprowadził Paryżan do finału 2 lata temu, jednak tam francuska drużyna musiała uznać wyższość Bayernu Monachium, który rozgrywał jeden z najlepszych sezonów w swojej historii. 

Dla klubu z tak nikłą piłkarską tradycją - finał był sukcesem, a trenera, który go osiągnął - należy utrzymać. Jednocześnie, dla klubu z nieograniczonym wsparciem finansowym i aspiracjami, by stać się piłkarskim hegemonem - było to absolutnie nie do przyjęcia. Szefowie klubu Paris Saint Germain chcieli upokorzyć niemca, zwalniając go w dniu Świąt Bożego Narodzenia. Tymczasem skompromitowali się na całej linii. Paryż znany jest z najlepszej na świecie szkoły mimów - ale na Parc des Princes cały świat widzi szkołę klaunów. 

Dziś Thomas Tuchel może sobie powiedzieć: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 

Maszyna niemieckiego inżyniera

Tuchel już kilka tygodni po stracie pracy ogłoszony został nowym trenerem Chelsea Londyn. Duże wyzwanie - na stanowisku zastąpił legendę klubu ze Stamford Bridge, czyli Franka Lamparda. Ten nie był na tyle pomysłowy i doświadczony, by zbudować cokolwiek sensownego z klubem, w którym niegdyś święcił tryumfy. Lampard był jednym z najlepszych pomocników swojego pokolenia i kibice The Blues i tak zapamiętają go, jako legendę. Jednak schodząc z ławki trenerskiej, rzucił:

“nie jesteśmy gotowi, by rywalizować” 

Okazało się, że to Frank - podobnie jak PSG - nie był gotowy by rywalizować. Ale Thomas Tuchel tak. Objął Londyńską Chelsea i zaczął oliwić nieco zardzewiałe tryby w drużynie. Zaprosił też do sztabu szkoleniowego dodatkowych trenerów, których zadaniem było usprawnienie gry w formacji defensywnej. I przyniosło to doskonały rezultat, chociaż Tuchel wcale nie był pierwszym wyborem Abramovića.. 

Dziś, rosyjski oligarcha, który jest podobnie bezwzględny wobec swoich pracowników, jak szejkowie z Paryża, choć potrafi zachować się też z większą klasą, na pewno nie żałuje zatrudnienia niemieckiego fachowca. 

W ciągu czterech miesięcy pracy w Londynie, Tuchel pokonał Atletico Madryt Diego Simeone, Real Madryt Zinedine’a Zidane'a, Manchester City Pepa Guardioli, Liverpool Jurgena Kloppa, Tottenham Jose Mourinho Everton Carlo Ancelottiego. Wymienieni panowie, jako trenerzy mają łącznie na swoim koncie 11 zwycięstw w finałach Ligi Mistrzów. 11! Tuchel grał z ich drużynami bez kompleksów, a jego podopieczni zdawali się podzielać entuzjazm i zaangażowanie. 

Upragnione Laury

Od objęcia posady trenera Chelsea Londyn minęły niedawno dwa lata. Czy przez te lata kibice Chelsea mogą być szczęśliwi? Ba! Mogą być tak zadowoleni, że może spadnie im chęć bicia się z innymi kibicami, spodoba im się rodzima pogoda, a na koniec może nawet posmakuje im angielskie jedzenie. Tuchel uszczęśliwił grono ludzi, które od wielu sezonów nie miało wielkich powodów do świętowania. Dziś - każdy mecz może być wyjątkowy. 

Zwycięstwo w Lidze Mistrzów w pierwszym sezonie od objęcia klubu. Tuchel awansował do finału drugi raz z rzędu i było widać, że odrobił lekcje - cały turniej jego ekipa przeszła “na chłodno”, rozprawiając się z przeciwnikami. Mimo, że nie obyło się oczywiście bez wpadek, na końcu tej drogi i tak czekał na Chelsea i Tuchela szczyt, piłkarski Olimp. Skromne, jednobramkowe zwycięstwo i mało pasjonujący finał to efekt wyrachowania. Kto dziś pamięta jak przebiegał ten mecz? Dziś pamiętamy kto go wygrał. A i zapewne zapomnieć nie może o tym Pep Guardiola, zapomnieć nie mogą też włodarze PSG. 

Kilka dni temu Chelsea udowodniła swoją piłkarską hegemonię, nie tylko na Starym Kontynencie, ale i na świecie. Zwycięstwem z Palmeiras zapewnili sobie kolejny tytuł pod wodzą niemieckiego szkoleniowca. Klub z Sao Paolo postawił twarde warunki i londyńczycy nie mogli być pewni zwycięstwa do samego końca. W ostatnich minutach dogrywki udało się jednak ustrzelić z rzutu karnego gola na 2:1 i to The Blues świętowali.

Klasa klubu, czyli co wydarzyło się w Abu Zabi

Przed karnym klasę pokazał Cesar Azpilicueta. Kapitan Chelsea nosi opaskę nie bez powodu, doświadczony Hiszpan wie jaki ciężar na nim spoczywa. Wiedział też, że strzelenie decydującego karnego w ostatnich minutach będzie związane z ogromną presją, ciężarem, trudem. Dlatego wziął piłkę w swoje ręce, przycisnął do piersi i wysłuchał obelg i krzyków, lecących w jego stronę z ust rozgorączkowanych i agresywnych piłkarzy Palmeiras.

Ponad minutę zajęło sędziemu uspokojenie piłkarzy z Sao Paolo. Wtedy wydarzyło się coś, czego nie spodziewali się południowoamerykańscy gracze - kapitan Chelsea oddał piłkę w ręce Kaia Havertza. To on od samego początku miał wykonywać ten rzut karny (w Chelsea był trzeci w hierarchii, ale pozostała dwójka oglądała to spotkanie już zza linii). Przemoc słowna, jaką przyjął na siebie Azpi nie dotknęła więc młodego niemca, który mógł w tym czasie spokojnie oczyścić głowę i przygotować się do strzału. Strzału, który dał kolejny tytuł Chelsea Londyn. 

Spotkanie Chelsea z Palmeiras miało jeszcze jeden aspekt - pozaboiskowy, ale jego efekty widzimy na murawie. W finale Klubowych Mistrzostw Świata spotkały się najprawdopodobniej dwie najbardziej wpływowe kobiety świata. 

Marina Granovskaia, czyli dyrektorka generalna Chelsea Londyn, zaufana osoba Romana Ambramovica. To przez jej ręce przechodzą wszystkie transfery, negocjuje kontrakty, umowy sponsorskie. To jej udało się doprowadzić do skutku umowę angielskiego klubu z Nike - czyli najwyższy sponsorski kontrakt w Premier League. 

Z drugiej strony stanęła Leila Pereira, czyli prezeska Palmeiras i właścicielka banku, który jest od 2015 roku głównym sponsorem klubu. To ona pomogła odbudować potęgę klubu na kontynencie, to ona była opoką, kiedy drużyna znalazła się w drugiej lidze - dzięki jej wsparciu udało się wrócić na szczyt południowoamerykańskiego futbolu. To między innymi dzięki niej drużynie udało się wygrać Copa Libertadores dwa razy z rzędu! Z pewnością spotkanie kobiet, które mają coraz więcej do powiedzenia w światowym futbolu musiało wiele znaczyć dla nich samych - to przecież świat zdominowany przez mężczyzn. Panie były oczywiście rywalkami - z pewnością jednak znalazły też między sobą nić porozumienia. 

 

Póki co brakuje jeszcze sukcesów na domowym podwórku. Nie udało się w debiutanckim sezonie, nie uda się też w tym. Na próżno szukać też piłkarzy Chelsea w klasyfikacji najbardziej skutecznych strzelców. Maszyna Tuchela ma swoje wady i czasem się jeszcze zacina, ale jeśli niemiec dobrze ją nasmaruje - będziemy oglądać jeszcze bardziej pasjonującą walkę o zwycięstwo w najlepszej lidzie świata.

TAGI

Inne felietony