MICHAL VIČAN. CZŁOWIEK Z PATENTEM NA EUROPEJSKIE PUCHARY | Futbol - Piłka nożna
Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ

MICHAL VIČAN. CZŁOWIEK Z PATENTEM NA EUROPEJSKIE PUCHARY

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 23-05-2020 9:49
MICHAL VIČAN. CZŁOWIEK Z PATENTEM NA EUROPEJSKIE PUCHARY

 

 

Szkoleniowców, którzy ze ścierniska uczynili San Francisco, otaczamy niemal mityczną czcią. Claudio Ranieri, Leonardo Jardim, Mauricio Pochettino czy Erik ten Hag, którzy na ten jeden sezon, wynieśli swoje zespoły na wyżyny rzemiosła piłkarskiego, latami będą wspominani przez sentymentalnych miłośników futbolu. W przeszłości jednak również nie brakowało takich historii. Zatem dziś, to ja wcielę się w rolę ckliwego kibica i opowiem Wam o pewnym Słowaku, który przy użyciu futbolu pokolorował szary, komunistyczny świat milionów ludzi.

DZIURA W ŻELAZNEJ KURTYNIE

21 maja 1969 roku, Bazylea. Finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Prowadzona przez Michala Vičana drużyna Slovana Bratysława pokonuje FC Barcelonę. Wynik – 3:2.
Komentarze pomeczowe mówiły jasno i wyraźnie – fenomenalne widowisko. Wiele bramek, odważne i nieustające ataki obu drużyn oraz ostateczna wygrana skazanych na porażkę Słowaków. Czegóż więcej mogli pragnąć widzowie tego spotkania.
Jednak z pewnością nie był to ani pierwszy, ani ostatni odcinek z cyklu piłkarskich spektakli. Nic w tym niezwykłego, patrząc chociażby przez pryzmat ostatniego przed pandemią meczu Ligi Mistrzów Liverpool – Atletico. A mimo to, właśnie ten, rozegrany 51 lat temu finał Pucharu Zdobywców Pucharów odcisnął swoje niebagatelne piętno na późniejszej historii wschodnioeuropejskiego futbolu. 

- „Było to zwycięstwo, które przeszło do historii nie tylko bratysławskiego, słowackiego i czechosłowackiego futbolu, ale także do historii tego najpopularniejszego sportu. Znaczenie zwycięstwa Slovana jest wręcz nieocenione.” - mówił po meczu sekretarz drużyny Jozef Múdry. I nie sposób się z nim nie zgodzić. Triumf Slovana stanowił drugi przypadek w dziejach futbolu, gdy klub ze wschodu Europy wygrał ogólnoeuropejskie rozgrywki. Pierwszego, w 1965 roku, dokonał węgierski zespół Ferencvárosi, sięgając po Puchar Miast Targowych.  Jednakże ofensywny tercet zielonych orłów Rákosi-Fenyvesi-Albert, który w całym turnieju zdobył 10 z 20 strzelonych przez zespół bramek, był w owym czasie najlepszym zestawem napastników na Węgrzech. Wszakże to oni ze zwieszonymi głowami zakończyli zmagania Madziarów na rozgrywanych w Chile MŚ w 1962 roku, przegrywając w ćwierćfinale z… Czechosłowacją. Natomiast w kadrze wicemistrzów owego mundialu, nie było wówczas ani jednego piłkarza Slovana, który siedem lat później wznosił Puchar Zdobywców Pucharów.

Świat ewoluował, a wraz nim i piłka nożna. Dzisiaj, te drobnostki, te detale, które wydają nam się wręcz naturalne w tym sporcie, kiedyś wcale takimi nie były. Piłkarze Slovana jako jedni z niewielu w całej Europie, a już z pewnością wśród klubów bloku socjalistycznego, podczas świętowania triumfu nad Barceloną mieli przyjemność nosić szyte na miarę garnitury. Białe marynarki z klubową naszywką, koszule w tym samym odcieniu i szare spodnie przygotowywano dla piłkarzy w trenczyńskiej fabryce odzieży. Oprócz tego, za zwycięstwo w turnieju, każdy z zawodników miał dostać po 15 tysięcy koron. Ostatecznie do ręki otrzymali jedynie 1/3 tej sumy, na rękę zegarek, a pod pachę pudełko czekoladek.

Sukcesu drużyny Michala Vičana był zupełnie niespodziewany. Klub od 15 lat czekał na krajowe mistrzostwo (które jak się później okazało, zdobyli sezon po triumfie z PZP). Słowacki trener zbudował zgrany, silny zespół, który wraz z wynikiem sportowym dał milionom mieszkańców republik radzieckich nadzieję na lepsze jutro. Człowiek, który nie lubił komunizmu i nie cierpiał komunistów, zmienił zasady gry. Przebił się przez żelazną kurtynę, wraz z pucharem przynosząc jej niewolnikom luksusowy kawałek szczęścia.

RUSZYĆ RUCH

Michal Vičan urodził się 26 marca 1925 roku w słowackim mieście Hlohovec. W latach 1945-57 był zawodnikiem Slovana Bratysława. Największe sukcesy święcił jednak jako trener. Po trzech znakomitych sezonach na Tehelnym Polu (ówczesny stadion Slovana – przyp. JN) w 1971 roku objął Ruch Chorzów. Odsuwając od pierwszego składu senatorów, którzy zdobyli mistrzostwo Polski w 1968 roku, stworzył młodą, grającą odważny ofensywny futbol drużynę. Wielu kibiców niebieskich uważa tamten zespół za najlepszy w historii klubu. Podczas pięciu lat pobytu przy Cichej, Vičan wzbogacił gablotę Ruchu o dwa mistrzostwa Polski oraz Puchar Polski. Co jednak najważniejsze, z przytupem wprowadził chorzowian na europejskie salony, osiągając z nimi ćwierćfinały w Pucharze UEFA i Pucharze Europy Mistrzów Klubowych. W obu tych przypadkach, naprawdę niewiele brakowało do zagrania w upragnionym półfinale.
W Pucharze UEFA, w sezonie 73/74, niebiescy mierzyli się z Feyenoordem Rotterdam. Wynik dwumeczu wynosił 2:2. Aby rozstrzygnąć zwycięzcę, potrzebna była dogrywka. Jednakże przed rozpoczęciem ostatnich 30. minut gry, Holendrzy wbrew przepisom udali się do szatni. - Nie wiem, co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan - opowiadał obrońca Ruchu Marian Ostafiński. Przyszli zdobywcy tytułu w ciągu pierwszych czterech minut strzelili dwie bramki, czym pogrzebali szanse chorzowian na dalsze zmagania w turnieju. Kto wie, być może nie do końca uczciwie…
Rok później, zespół Vičana mierzył się z francuskim AS Saint-Etienne. – Byliśmy w stanie u siebie zdominować znakomite Saint-Etienne, prowadziliśmy już 3:0, ale daliśmy sobie wbić dwa gole, a w rewanżu przegraliśmy 0:2. Żal tego dwumeczu, bo półfinał Pucharu Europy był w zasięgu ręki. – mówił na łamach „Piłki Nożnej” napastnik Jan Benigier. 

PAN TRENER

Osiągnięcia Michala Vičana nie brały się znikąd. Słowak był po prostu wspaniałym fachowcem o nieprawdopodobnej, jak na tamte czasy, etyce pracy. - Był bardzo wymagający, lubił dyscyplinę, punktualność i poza tym bardzo cenił sobie solidną pracę na treningach. Uwielbiał piłkarzy z charakterem. Można było z nim pożartować, ale podejście do meczów, do treningów musiało być poważne - zaznacza Ostafiński.

O metodach treningowych szkoleniowca opowiadał w wywiadzie dla katowickiego „Sportu” ówczesny zawodnik niebieskich, Joachim Marx: - Na pierwszym zgrupowaniu poranny trening był jeszcze przed śniadaniem o godzinie 7. Z żadnym polskim trenerem tego nie przechodziliśmy. Od razu było bieganie i las. O 11 drugi trening, a o 17 trzeci. Myśleliśmy, że umrzemy na boisku. Tak było przez dwa tygodnie. Potem, jak zaczęły się rozgrywki, to nawet w dniu meczu trenowaliśmy rano. My nie byliśmy do tego przygotowani, nie było sił. Zresztą na jeden z kolejnych okresów przygotowawczych Vičan skombinował specjalne kamizelki z 10-kilogramowymi ciężarkami i tak trenowaliśmy. Czasami spuścił do ośmiu kilogramów… Trenowaliśmy i graliśmy miedzy sobą mecze sparingowe w tych kamizelkach.
Marx przyznaje jednak, iż pomimo początkowych wątpliwości, drużyna przekonała się do patentów Słowaka: - Potem już go zrozumieliśmy. Wiedzieliśmy i widzieliśmy, że te jego treningi dają efekty. Drużyna mogła grać dwa mecze naraz. To co on zrobił, to było rewolucyjne. Potem już nikt nie narzekał, że trenujemy w dniu meczu. Nieraz, jak byliśmy na wyjeździe, a w dniu spotkania gospodarze nie chcieli nam udostępnić stadionu, to biegaliśmy po parkach. Przyzwyczailiśmy się, było fantastycznie i nikt nie narzekał.

Oprócz ogromnych wymagań jakie miał wobec swoich piłkarzy, Vičan starał się zapewniać im przy tym jak najlepsze warunki treningowe. - Dzięki kontaktom Vičana rozgrywaliśmy mnóstwo interesujących sparingów, choćby z Penarolem Montevideo. - opowiada Jan Benigier.
- Przed naszą trybuną na stadionie przy Cichej była kiedyś taka bieżnia żużlowa. Od działaczy zażądał, żeby była tam trawa i tak jest do dzisiaj. Nie trenowaliśmy na głównej płycie, żeby jej nie zniszczyć, a z boku, bo jest tam sporo miejsca. - wspomina Marx. - Sprowadził też ortaliony z Czechosłowacji, żebyśmy się mogli na śniegu położyć i trenować, bo jak mówił: „wy tutaj nic nie macie”. Zaczęliśmy też grać w lepszym sprzęcie, bo miał chody w firmie Puma w Wiedniu. - dodaje.
Słowak na każdym kroku odznaczał się ogromnym profesjonalizmem. Gdy Vičan przybywał do Chorzowa, młodziutki Jan Benigier dopiero zaczynał pukać do pierwszego składu niebieskich. Jak sam podkreśla, to „trenerowi Michalowi zawdzięcza całą swoją karierę”: - On mi wymyślił trening interwałowy. Mówił mi: Marx jest już starszy, za chwilę odejdzie, a ty musisz go zastąpić. Nauczył mnie jak się ustawiać na boisku, jak się po nim poruszać, jak unikać spalonych itd. Zostawaliśmy specjalnie po treningach i uczył mnie jak powinien grać napastnik. Potrafił do zawodnika przemówić i do niego dotrzeć. Benigier zauważa także, iż w sprawach szatni trener nigdy nie kierował się emocjami: - Był sprawiedliwym człowiekiem. U niego nie było takich sytuacji, że pokłócił się z zawodnikiem, sprowadził do parteru i odsunął od gry. Można się było posprzeczać, kłócić, ale przyszedł mecz i zawsze wychodzili najlepsi.

Pomimo, iż trenerem był bardzo surowym, to piłkarze przede wszystkim pamiętają go jako dobrego człowieka i miłośnika futbolu. Zawodnicy Slovana wspominają jak po zdobyciu PZP, trener Vičan nie poszedł świętować sukcesu razem z nimi. Był tak wrażliwy na punkcie piłki, iż nie raz po wspaniałej wygranej, bądź bolesnej porażce zdarzało mu się uronić męskie łzy. A już w szczególności , zwyciężając wielką Barcelonę w finale europejskiego pucharu. Piłkarze rozumieli, że ich ukochany dowódca nie chciał w ten sposób prezentować się swoim żołnierzom. 

* * *

Trener przez duże „T”, prawdziwy profesjonalista i perfekcjonista w każdym calu, a przy tym wspaniała, wielka osobowość. Mówi się, że najtrudniejszym zadaniem szkoleniowca jest poskromienie egoizmu w drużynie. U Vičana problem ten po prostu nie istniał. Ego piłkarzy zostawało daleko przed wejściem do budynku klubu, gdyż nie było tam miejsca dla nikogo więcej niż zgranej ekipy walczaków i charyzmatycznego generała.
- On był w Chorzowie prekursorem nowoczesnej piłki. Nigdy nie graliśmy jednym napastnikiem. Ruch grał dwójką atakujących, a czasem jeszcze dwoma skrajnymi pomocnikami, którzy wchodzili do linii ataku. Graliśmy ofensywnie, 3-4 podania i strzał na bramkę, bo po to ludzie przychodzili na stadion.
- Gdyby nie Vi
čan, Ruch na pewno nie byłby tak utytułowanym klubem. Drużyna zawsze była za nim, bo wiedziała czego trener chce. Szkoda, że nie pracował dłużej w Chorzowie, bo była szansa na kolejne mistrzostwa Polski.
- Vi
čan świetnie zbudował zespół. On postawił na ofensywny, atrakcyjny futbol, piłkarze pod jego wodzą rozwijali się i cieszyli grą.
Tak po latach wspominają Michala piłkarze Ruchu Chorzów. Historia losów tego człowieka pokazuje, że chorzowianie jak i wszyscy Polacy mieli zaszczyt doświadczyć magii wybitnego mistrza sztuki futbolu. Dziś w naszej piłce, ze świecą trzeba szukać takich postaci jak Vičan. I z tego też powodu, Ekstraklasa spogląda dziś zazdrosnym, pełnym żalu wzrokiem na białoruskie, kazachskie i azerskie kluby. Utarty frazes w tym wypadku jak najbardziej ma swoje uzasadnienie. Kiedyś to było – Górski, Piechniczek, Gmoch, Strejlau, to oni w 70. i 80. latach, wynieśli naszą reprezentację na podia największych futbolowych imprez. Vičan uczynił to samo – tyle, że z piłką klubową.
- Nie byłoby wielkiego Ruchu z lat 70-tych, gdyby nie osoba Michala Vičana - przyznaje dla „Piłki Nożnej” Jan Benigier. Nie byłoby również wielkiego Slovana, w którym to zapoczątkował jedne z najpiękniejszych czasów wschodnioeuropejskiego futbolu.

 

Inne artykuły