Stawowy - czy to na pewno największy przegrany, jak chcą prawie wszyscy?
Dodał: Michał Ptaszyński
Data dodania: 03-05-2014 7:15
Wojciech Stawowy zbiera bęcki i gromy z wielu stron. A to, że Cracovia nie awansowała do "ósemki", a to że nie wygrywa. Trener nie ma nici porozumienia z właścicielem Januszem Filipiakiem i ma wkrótce odejść. Czy na pewno jednak jako wielki przegrany?
8 czerwca 2013 roku to był wspaniały dzień dla kibiców Cracovii. "Pasy" w dość szczęśliwy sposób powróciły na ekstraklasowe boiska. Wojciech Stawowy mógł odtrąbić swój wielki sukces, lecz cieszyć się z awansu przyszło mu dość krótko. Wśród rozentuzjazmowanych kibiców jeden wydawał się być nie do końca usatysfakcjonowany stylem, w jaki przyszło powrócić Cracovii na salony. Pech trenera Stawowego polegał na tym, że kibicem owym był właściciel tego klubu, jego pracodawca – Janusz Filipiak. Przy ul. Kałuży mówiło się już tylko o tym, kto zastąpi trenera. Ostatecznie klub zdecydował, że Stawowy będzie dalej szkoleniowcem, lecz sytuacja ta jasno pokazała, że relacja Filipiak – Stawowy nie będzie poparta nadmiernym szacunkiem. Dziś już wiemy, po deklaracjach samego trenera, że nie będzie w następnym sezonie przechadzał się w dresie Cracovii po klubowych korytarzach. Kolejny sympatyczny wąsacz żegna się z naszą ekstraklasą.
Bez sensu jest rozwijać temat oskarżeń Filipiaka wobec Stawowego, ponieważ przemaglowały to wszystkie sportowe media w naszym kraju. Z relacji można jednak wywnioskować, że Stawowy do najposłuszniejszych trenerów nie należy, a dla właścicieli klubów to najgorszy typ człowieka. Filipiak, właściciel potentata branży informatycznej nie jest przyzwyczajony do braku akceptacji własnych decyzji przez podwładnych. Ma takie prawo, to jego klub. Przyszły trener "Pasów" musi mieć to na uwadze, inaczej szybko wróci na urlop.
Choć czas na podsumowania jeszcze nadejdzie, to możemy się przyjrzeć czy praca Stawowego była faktycznie tak zła, jak określał ją sam właściciel. Moment na dyskusje o słuszności stylu gry wprowadzanego przez niego jest lepszy niż kiedykolwiek. Jeszcze kilka dni temu, nawet po odpadnięciu przez Barcelonę z Ligi Mistrzów pozycja tiki-taki w piłkarskim świecie wydawała się niezagrożona. Dziś po klęsce Bayernu znów tęgie głowy futbolowej społeczności poddają w wątpliwość sens takiego sposobu grania. Niestety termin tiki-taka popadł już w śmieszność, bo każdą, krótką wymianę podań niektórzy komentatorzy określają w ten sposób. Nie oznacza to jednak, że ten styl gry musiał się już wypalić. Pytanie więc nie powinno brzmieć: czy tiki-taka jest wypalona? Lecz: czy tiki-takę można wprowadzić wszędzie? Tym samym powracamy do Stawowego. Czy na naszym krajowym podwórku jest sens wprowadzać tego typu rozwiązania?
Każdy może spojrzeć na tabele, wyniki, później podzielić to przez potencjał drużyny i sam wyciągnie wnioski. Moje są takie, że potencjał, jakim dysponowała Cracovia przed sezonem gwarantował spadek z hukiem, a nie walkę do ostatniej kolejki o grupę mistrzowską. Ktoś może powiedzieć, że przecież jest tam niezły Steblecki, dobry technicznie Straus, reprezentant Marciniak itd. Kto jednak mówiłby w ten sposób o nich przed sezonem? Jeżeli miałbym szukać pozytywów pracy Stawowego to nie zacząłbym od stylu, lecz od tego, że niemal w pełni wykorzystał możliwości większości zawodników. Następca Stawowego będzie miał więc fajną grupę ludzi, którym nie przeszkadza piłka, co w naszych warunkach jest awangardą. Wyciągając takie wnioski, chcąc nie chcąc, chwalimy jednocześnie styl gry wprowadzony przez Stawowego. Jeżeli założyłby przed objęciem Cracovii, że zrobi z niej ekipę, która gra tylko i wyłącznie siłowo, sporadycznie kontratakując, to śmiem twierdzić, że nigdy w kontekście ekstraklasowej piłki nie pojawiłyby się nazwiska Stebleckiego czy Strausa.
Czy uważam, że Stawowy osiągnąłby sukces mając większy potencjał piłkarski? Niekonieczne. Trener, który chce wprowadzić swoją wizję, bardziej od dobrych zawodników potrzebuje czasu i poparcia władz klubowych. Stawowy jak mało kto wie, że polski trener nie ma takiego luksusu. Jego praca w Katowicach jest świetnym przykładem. Jeśli więc założymy, że Stawowy nie miał wybitnych piłkarzy i nie miał wsparcia właściciela, to wynik jaki osiągnął z Cracovią jest ponad stan. Jak ważne jest wsparcie właściciela i wiara w jego pomysł, pokazuje przykład drugiego z beniaminków – Zawiszy.
Brak czasu i wsparcia właściciela to problem w większości klubów. Stąd trenerzy często nie próbują nawet wprowadzać jakiegokolwiek stylu gry, przede wszystkim myślą o wygraniu kolejnego meczu i utrzymaniu stanowiska choć paradoksalnie często prowadzi to do jego utraty. Dzięki Cracovii Stawowego znów wróciły rozmowy o tym jak ważne jest, żeby drużyna miała swoją tożsamość. W myśl zasady: nie ważne jaki styl, ważne żeby był. Na tym polu Stawowy jest największym wygranym. Obserwując nasze realia można jednak wysnuć wniosek, że trener, który przychodząc do klubu ma dalekosiężne plany może w pierwszej kolejności planować wcześniejsze wakacje niż kształt drużyny na przyszły sezon.
Żeby jednak nie było tak kolorowo, trzeba wspomnieć o fatalnej dyspozycji "Pasów" w roli gospodarza. Ciężko to wytłumaczyć, zwłaszcza właścicielowi klubu, który osobiście ogląda prawie same porażki swojej drużyny. Tak jak jednym z powodów zwolnienia Leszka Ojrzyńskiego była fatalna gra Korony na wyjazdach, tak prezes Filipiak ma świetny argument w postaci gry Cracovii na własnym boisku. Osiem porażek w domu to najwyższy wynik w naszej lidze.
Co do przyszłości W. Stawowego. Choć karuzela trenerska się kręci, to kręci się właśnie dlatego, że właściciele chcą dobrego wyniku od samego początku pracy w klubie. Stawowy, jak Fornalik, tego nie zapewni. Te wakacje mogą być więc najdłuższe w jego dotychczasowej karierze. Od urlopu może go tylko uchronić prezes Filipiak przedstawiający propozycję nowego kontraktu. Jeżeli Stawowy zdecydowałby się w takiej sytuacji zostać, utrzymałby pracę tracąc jednocześnie coś ważniejszego - honor.
Sensacyjna oferta dla Teodorczyka. Chcą też Kamińskiego!
Futbol.pl











