Ustawienia Twojej prywatności

Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Oto prawdziwa potęga polskiego futbolu!

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 13-07-2020 17:54
Oto prawdziwa potęga polskiego futbolu!

Coraz częściej słyszy się, że Ekstraklasa już nigdy nie będzie taka jak kiedyś. Nawet jej najwięksi entuzjaści, nadzieję na lepsze jutro widzą w tym, że gorzej już być nie może. Ja jednak, wbrew głosom prorokującym stagnację czy nawet degradację, zdanie mam całkiem odmienne. Bo futbol polski jest jak lawa. I wszystko wskazuje na to, że już niedługo będziemy świadkami wiekopomnej erupcji.

Parafraza jednego z najznamienitszych cytatów polskiej literatury pojawia się tu bynajmniej nie bez powodu. Jak jasno wynika z badań przeprowadzonych rok temu, w czerwcu 2019 roku, potencjał naszej piłki jest ogromny. Nie chodzi tutaj jednak w żadnym wypadku o futbol profesjonalny, bo ten od przynajmniej kilku lat jest w stanie krytycznym. Jak wiadomo, przed zawodowym graniem w piłkę zawsze pojawia się przepełniony pasją i nieskażoną pieniędzmi ambicją - poziom amatorski. To właśnie na tym szczeblu Polska wykształciła prawdziwą potęgę futbolu, która z roku na rok daje nie tylko szansę na rychły napływ tysięcy młodych uzdolnionych piłkarzy i piłkarek, gotowych wejść w buty idoli, ale również, a może raczej przede wszystkim, na wyleczenie konającej struktury futbolu ligowego.

Wspomniane badania zostały przeprowadzone przez firmę statystyczną Kantar na zlecenie UEFA i dotyczyły najogólniej rzecz ujmując, stosunku do piłki nożnej w Polsce i porównania go względem innych dyscyplin sportowych, określenia stanu polskiego futbolu, a także działań jakie należy poczynić, aby poprawić wizerunek PZPN. Najbardziej intrygujące bez wątpienia są jednak wyniki w zakresie pierwszego z wymienionych tematów, które to właśnie, pokrótce przedstawiłem poniżej. 

SZANSE CZYSTO MATEMATYCZNE

78% mężczyzn i 63% kobiet biorących udział w badaniu zadeklarowało zainteresowanie piłką nożną. Sumując, wychodzi na to, iż futbol śledzi 70% pytanych. Jest to wynik o 7% wyższy aniżeli uzyskany w 2016 roku. Średnią europejską bijemy w tym wypadku na głowę, ponieważ wynosi ona zaledwie ok. 49%. O ile tak wysoki procent śledzących futbol mężczyzn imponuje, aczkolwiek specjalnie nie dziwi, tak 63% wśród kobiet to liczba wprost niewiarygodna. Szczególnie jeśli zestawimy to ze średnią w Europie, która wynosi ok. 35%. Największy wpływ na taki wynik mają kobiety w wieku 25-34 i 35-44, gdyż w ciągu ostatnich trzech lat w owych grupach wiekowych przybyło odpowiednio 16% i 12% fanek futbolu.

Aż 40% zapytanych dorosłych miało niegdyś styczność z piłką klubową. Najczęściej wymieniany powód rezygnacji to tzw. presja grupy. Większość dorosłych kończyła z futbolem głównie wobec zaprzestania gry przez rówieśników.

Piłka nożna (18%) jest za jazdą na rowerze (21%) oraz pływaniem (30%), trzecim najczęściej uprawianym sportem wśród osób dorosłych. Istnieje jednak ogromny dysonans pomiędzy liczbą grających kobiet i mężczyzn, gdyż do uprawiania futbolu przyznaje się jedynie 7% ankietowanych Polek, przy 30% Polaków.

Wśród kobiet, piłka nożna jest ósmym najpopularniejszym sportem (14%), co znacznie przekracza średnią europejską, jednak wciąż daleko mu do liderujących siatkówki (41%), lekkoatletyki (36%) czy tenisa (27%).

U dzieci natomiast, piłka nożna bezapelacyjnie króluje jako najczęściej uprawiany sport, gdyż do gry w piłkę przyznało się 48% badanych (o 20% więcej aniżeli w 2016 roku). Na podium znalazły się również pływanie (32%) i koszykówka (21%). Aż 76% dzieci miało jakąkolwiek dłuższą styczność z piłką nożną, a ponad połowa nadal gra. 

To tylko niewielka część danych wypływających ze 137 stron raportu UEFA. Myślę jednak, że nie ma potrzeby podawania ich w większej ilości, w zupełności wystarczają one by zrozumieć, z jak przełomowym dla przyszłości polskiego futbolu fenomenem mamy do czynienia.
Najbardziej zadowala ogromne zainteresowanie piłką wśród dzieci i młodzieży. Powód oczywisty - to oni właśnie dzierżyć będą wszelkie narzędzia, by z dzisiejszego fenomenu popularyzacji futbolu uczynić podwaliny do odbudowy pomnika polskiej piłki. Mnie osobiście bardzo cieszy rosnące zainteresowanie płci pięknej, które miejmy nadzieję, zwiastuje ulewny deszcz rozwoju dla na wiór zasuszonej struktury polskiej piłki kobiecej. Jednakże wokół tych niewiarygodnie wysokich procentów, imponujących liczb i stale rosnących cyfr, stale owija się jedno kluczowe pytanie - dlaczego?

Odpowiedzi jest naprawdę wiele. Niemożliwością byłoby przecież zamknięcie tak rozległego zagadnienia w kilku słowach, a niebywale trudną do osiągnięcia, być może wręcz utopijną doskonałością - wyczerpanie tematu holistycznie i na wskroś. Ja jednak mimo to, obrałem kurs i wyruszyłem w podróż za postawionym znakiem zapytania. Idąc za zachrypniętym już głosem czasów świetności polskiego futbolu, właśnie w naszej przeszłości postanowiłem odnaleźć odpowiedź. Ponieważ historia lubi się powtarzać i powracać w formie zmienionej, dostosowanej do współczesności. 

LOKALNI BOGOWIE

W czasach głębokiego PRL-u futbol był jedyną rzeczą, która sprzyjała i ludziom, i władzy. Rządzący byli szczęśliwi, że są w stanie po raz kolejny pokazać wielkość oraz słuszność komunizmu, a naród - zrzeszając się setkami w mieszkaniach „farciarzy” z telewizorem - chociaż na te dziewięćdziesiąt minut mógł odlecieć hen daleko od szarej rzeczywistości, by ramię w ramię z reprezentacją zdobywać brąz mistrzostw świata. Wtedy to, piłkarze byli celebrytami stopnia najwyższego. Wiele daje do myślenia znany z tamtego okresu dowcip – „jak będzie syn, to na imię damy mu Robert, jak córka, to Gadocha”. Clou żartu jest oczywiście specyfika nazwiska jednego z najlepszych polskich graczy lat 70-tych, Roberta Gadochy. Nie chodzi tutaj oczywiście o sam kawał, bo ten co najwyżej może wprawić w lekkie zakłopotanie, tylko o niepowtarzalny rodzaj sławy, jakiego doświadczali wówczas najwięksi polscy futboliści. 

Trudno sobie dziś wyobrazić taki stosunek do współczesnych piłkarzy. Opowiadając „suchar” o Robercie Lewandowskim, który jest jednym z najlepszych piłkarzy świata, multimilionerem mieszkającym od blisko 10 lat za zachodnią granicą, pojawiającym się w niezliczonej ilości reklamowych spotów i inwestującym swój kapitał w jeden z największych sklepów piłkarskich na polskim rynku, można by się jedynie zbłaźnić. Kilkadziesiąt lat temu, kiedy piłkarze chodzili po tych samych ulicach co reszta społeczeństwa, poruszali się identycznymi (gdyż innych nie było) pojazdami, tak samo jak każdy - chyba, że jechali na międzynarodowy turniej, ewentualnie zgrupowanie - nie mogli nawet nosa wyściubić za państwową granicę i jak wszyscy, mieli problem z kupieniem najbardziej podstawowego sprzętu AGD (choć i tu czasem pracodawca potrafił nieco wspomóc swoich podopiecznych) do swego niezbyt obszernego mieszkania w bloku z wielkiej płyty, taki żart rozbawiał wszystkich wokoło do rozpuku. 

Znaczna część kibiców, przeżywających swe młodzieńcze lata po symbolicznym 1989 roku, swoją futbolową przygodę zaczynała od fascynacji największymi. Wszakże każdy fan piłki, w pożółkłych kartkach dziecinnych wspomnień zapisane ma uwielbienie albo chociaż ogromną sympatię do ówczesnych triumfatorów LM, wznoszących Puchar Świata, Europy lub po prostu ekip, które z bliżej nieznanego powodu zyskały dla nas miano nieśmiertelnych. Jednakże wcześniej, gdy dostęp do znacznej części światowej kultury był ograniczony, a niekiedy wręcz niemożliwy, największą i jedyną miłością byli giganci lokalni. Więź kibic-klub zacieśniał dodatkowo fakt, iż polskie kluby piłkarskie, tak jak wszystkie inne przedsiębiorstwa, należały do państwa. W praktyce oznaczało to tyle, że każdy gracz chociażby Górnika Zabrze, w teorii był po prostu… górnikiem. Na porządku dziennym miała więc miejsce sytuacja, w której Hubert Kostka, Zygfryd Szołtysik czy Włodzimierz Lubański mijali się w pracy z mieszkańcami Zabrza. Gdy dołożymy do tego ówczesny stopień rozwinięcia mediów oraz brak możliwości swobodnego transferu za granicę (dopiero w latach 80-tych dolne kryterium wyjazdu zostało zmniejszone do 26-28 lat), otrzymamy warunki wręcz idealne by niekoniecznie z własnej woli i nie do końca świadomie, ale jednak w pełni prawdziwie, stać się lokalnym bogiem. 

Można wiele zarzucać komunizmowi, ale prawdą jest, że w dużej mierze spełniało założenie społeczeństwa równych szans. W końcu, nie licząc partyjniaków, wszyscy żyli pod tym samym namiotem. Nikomu nie było dane nawet ujrzeć gwiazd czy sięgnąć chmur. Niektórzy jednak potrafili wznieść się ponad przeciętność i dotknąć szklanego sufitu. Dziś, wybitni tak daleko nam odlatują, iż nie nadążamy za ich dryfującą sylwetką chociażby wzrokiem. Kiedyś zaś, gdy owy dach namiotu zatrzymywał pragnących latać wyżej geniuszy, stojący obok mogli nie tylko na własne oczy ujrzeć pływających w powietrzu geniuszy, ale również poczuć, muskając falujące nogawki ich spodenek z naszytym białym orłem czy klubowym herbem.

Może nie prowadzili się idealnie, nie przestrzegali spersonalizowanej diety i nie zażywali suplementów jak dzisiejsi piłkarscy geniusze. Może nie wykorzystali w pełni swego potencjału, nie przeżywali boiskowych czy życiowych dramatów wsparci fachową pomocą trenera mentalnego i nie zawsze kończyli swe kariery zaplanowanym happy endem. Ale może właśnie dlatego, z plecakiem pełnym wad i ograniczeń, udało im się stworzyć i osiągnąć o wiele więcej niż to, co było im przeznaczone. To dzięki nim 20 października 1957 roku cała Polska radośnie patrzyła z góry na pogrążoną w goryczy reprezentację Sbornej i wściekłą Moskwę. To w ich zasługi należy słusznie wpisywać spełnienie i dumę milionów Polaków, którzy 29 kwietnia 1970 roku, pomimo porażki z Manchesterem City, ocierali łzę wzruszenia na wspomnienie pasjonującego, półfinałowego triumfu nad wielką AS Romą. Wreszcie, w podzięce za te i inne równie znaczące a przeze mnie pominięte chwile, doświadczyli wyjątkowej kibicowskiej miłości, która w 1972, 1974, 1982 i 1992 roku niosła ich ku zwycięstwu. Wtedy bowiem, w barwach naszej reprezentacji na boisko wybiegało nie tylko jedenastu uskrzydlonych piłkarzy. Wraz z nimi, zza migoczących ekranów na murawę wychodziły miliony kochających Polaków.

GLOBALNI BOGOWIE

Właśnie na takim autorytecie i legendzie bogów lokalnych, wyrośli dzisiejsi bogowie globalni. Gdyż w ten sposób tytułuję Roberta Lewandowskiego, Łukasza Piszczka, Kubę Błaszczykowskiego i pozostałych współczesnych gwiazdorów polskiego futbolu, ale również Ewę Pajor, Katarynę Kiedrzynek czy Olę Sikorę - w końcu polska piłka kobieca przede wszystkim dzięki nim, z roku na rok rośnie w siłę. To oni i one wyznaczają trendy, stanowią wzór do naśladowania a ich sukcesy są celem, do którego dążą tysiące rozmarzonych, utalentowanych piłkareczek i piłkarzyków, którzy pewnego dnia przecież sami utworzą kolejny etap ewolucji wizerunku piłki nożnej w naszym kraju.

Świat wciąż ulega zmianom. A wraz z nim także i ludzie. Co jakiś czas zmieniają się priorytety, wartości oraz marzenia, które w sobie pielęgnujemy. Niegdyś szczytem spełnienia młodego piłkarskiego adepta byłoby mistrzostwo Polski, a potem świata. Dziś, w skrupulatnie zaplanowanej przyszłości wschodzącego futbolisty, Ekstraklasa to jeden z pierwszych przystanków na drodze do poważnej piłki i prawdziwej kariery. Gdyby jednak mogli oni wybrać plan pełniejszy, bardziej wyidealizowany, z pewnością woleliby wcale do polskiej ligi nie trafiać, tylko od razu wyjechać z kraju, zauważonym przez zagranicznego skauta. Jedynym co pozostaje wspólne dla obydwu tych pokoleń jest reprezentacja. Ona stanowi w futbolu wartość ponadczasową. Weźmy na tapetę największego z największych Leo Messiego, który w piłce osiągnął wszystko prócz jednego – nigdy nie wygrał trofeum ze swoją reprezentacją. Zdawać by się mogło, że jest to jedyna pięta achillesowa genialnego Argentyńczyka. Trudno nie pamiętać jego szokujących wypowiedzi pomeczowych czy pamiętnej – okresowej jak się okazało – rezygnacji z gry dla Albiceleste z 2016 roku. Całkiem niedawno głośno dyskutowano o jego występie na mundialu w Katarze. Coraz częściej słyszy się, że Leo zamierza poczekać z zakończeniem reprezentacyjnej kariery do MŚ 2022, które to będą jego oficjalną, ostatnią szansą na pokonanie dręczącej go klątwy. Zatem skoro jeden z największych futbolowych geniuszy w historii tak bardzo pragnie wznieść puchar świata przywdziewając narodowe barwy, to czemu młodzież, jego wierni fani, naśladowcy i następcy, mieliby postępować inaczej?

Polscy globalni bogowie już teraz znakomicie dbają o przyszłość polskiej piłki. Łukasz Piszczek, we współpracy z Borussią Dortmund zbudował pierwszy zagraniczny oddział akademii BVB w rodzinnych Goczałkowicach. Podobną inwestycję planuje także Robert Lewandowski. Przykład Kuby Błaszczykowskiego, który uratował przed bankructwem jeden z najbardziej utytułowanych i najstarszych polskich klubów, jakim jest Wisła Kraków, również potwierdza, że nasi globalni bogowie są świadomi swej niebagatelnej roli w polskiej piłce oraz wdzięczni za otrzymaną przed laty szansę.

Początkowe pytanie doczekało się zatem swojej odpowiedzi. Niewątpliwie mamy do czynienia w Polsce ze zjawiskiem dość nietypowym i wymagającym - wschodzących talentów czy futbolowych geniuszy nie brakuje, a wręcz przybywa, podczas gdy Ekstraklasa poziomem rywalizacji nie zachwyca. Niemniej jednak, popularyzacja futbolu wśród Polaków stale rośnie. Współczesna technologia pozwala nam na niemal nieograniczony dostęp do informacji. Żaden szklany sufit nie wyznacza nam pułapu, którego nikt nie jest w stanie przeskoczyć. Ciekawość, ambicja, chęć wybicia się ponad przeciętność, a wręcz – ponad wszystkich innych, ale też zwykłe logiczne myślenie, każe nam podglądać i naśladować najlepszych z najlepszych. Bo po cóż kupować jabłka duże i smaczne, skoro nieograniczeni w żaden sposób, możemy sięgnąć po jabłka największe i najsmaczniejsze?

Jako polski fan piłki, czuję spełnienie, mogąc oglądać występy polskich futbolistów w meczach o najwyższą stawkę. Nie do przeżycia jest jednak świadomość, że polska piłka klubowa znajduje się w kryzysie głębszym niż kiedykolwiek. Ale wiem, że aby osiągnąć to co najlepsi, należy podążać w ślad za nimi. Oczami wyobraźni widzę dziecięce stópki Lewego, Piszcza czy Kuby, którzy z rozdziawioną buzią przyglądali się boiskowym podbojom Andrzeja Juskowiaka, Wojciecha Kowalczyka czy Tomasza Wałdocha na IO w 1992 roku. Z kolei Andrzejka, Wojtka i Tomka, do telewizora przykuwały decydujące o olimpijskim złocie i dwóch mundialowych brązach gole Kazimierza Deyny, Grzegorza Lato i Janusza Kupcewicza. Oni z kolei, w niebogłosy wykrzykiwali imię i nazwisko Gerarda Cieślika, który na te kilka chwil uciszył swym dubletem, wydawałoby się niezniszczalny ZSRR. Mały chorzowianin natomiast, płakał rzewnie za niespełnioną wizją zwyciężenia wielkich Brazylijczyków już w pierwszym meczu mistrzostw świata w dziejach polskiej reprezentacji. Gorzkie łzy, mimo bolesnej porażki z pewnością skutecznie otarł jeszcze podczas meczu fenomenalny występ Ernesta Wilimowskiego, który czterokrotnie wprawiał Canarinhos w niemałe osłupienie, a swych rodaków w niezapomnianą ekstazę…
I to właśnie jest prawdziwa potęga polskiego futbolu!

TAGI

Inne artykuły