Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ

WYRACHOWANY BAYERN I AMBITNY LYON. Polak wygra Ligę Mistrzów!

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 20-08-2020 15:02
WYRACHOWANY BAYERN I AMBITNY LYON. Polak wygra Ligę Mistrzów!

We wczorajszym podsumowaniu półfinału PSG - Lipsk, pokusiłem się o postawienie hipotezy, jakoby w drugim meczu o finał Ligi Mistrzów miało dojść do powtórki w postaci bezwzględnej dominacji. Dzisiaj wiemy już na pewno, że oglądając ten mecz przeżywaliśmy swoiste deja vu.

Tylko koń bardziej czarny

W obydwu meczach wynik końcowy wynosił 3:0. W obydwu wygrał faworyt. Oba, przez znaczną większość boiskowego czasu przebiegały pod dyktando ostatecznych zwycięzców. Nawet konstrukcja meczu zdawała się podobna - pierwsze minuty wyrównane; gol rozluźnia szczelną obronę przegrywających i rozpędza siłę ofensywną prowadzących, co skutkuje kolejnym golem jeszcze przed przerwą; w drugiej połowie pada bramka trzecia, która jak stempel potwierdza absolutną dominację triumfatorów. Jednakże na takim, dość wąskotorowym spojrzeniu nie zamierzam, a nawet nie powinienem poprzestać. Należy się bowiem dzielnej ekipie z Lyonu kilka wersów ciepłych słów, ponieważ bezdyskusyjnie, pomimo tak wielu kandydatów, w tym także RB Lipsk, to właśnie Francuzi zasłużyli na miano czarnego konia turnieju.

Perfekcyjna armia Rudiego

Drużyna Rudiego Garcii nie zdobywała wielu bramek (w obecnej edycji LM strzeliła jednego gola mniej niż sam Robert Lewandowski), nie grała odważnego ofensywnego futbolu, a jednak wyrzuciła za burtę rozgrywek Zenit, Benfikę, Juventus i Manchester City. W fazie grupowej grali bardzo nierówno, jednakże już w pierwszym meczu z mistrzem Włoch, a w szczególności podczas postpandemicznego resume imponowali stabilnością oraz konsekwencją. Wciąż ta sama, niezmienna jedenastka meczowa nie męczyła, a cieszyła oczy kibiców z całego świata idealnym dopasowaniem i niemal perfekcyjną dyscypliną taktyczną. W mojej opinii, gra Olimpijczyków była niczym najnowocześniejsza wersja klasycznego włoskiego Catenaccio. Nie tylko zwykłe bronienie się przed Goliatem. To był system, który perfekcyjnie stosowany, pozwoliłby zwyciężyć każdego, nawet Bayern Flicka.

Perfekcja słowo klucz

Dlaczego zatem przegrali, skoro pomysł na mecz był i to bardzo dobry. Otóż utracili perfekcję, która jak na skrzydłach niosła ich przez kolejne etapy fazy pucharowej. Słabszy mecz zaliczyli Dubois, Cornet i Denayer. Trzech z pięciu obrońców. O ile jednego można wliczyć w straty, a z odrobiną szczęścia nawet skutecznie harować za dwóch, trzech jest nie do nadrobienia. A już na pewno nie z takim zespołem. Jednakże to nie brak perfekcji w formacji obronnej pogrzebał Francuzów, a nieskuteczność w ataku. Zmarnowana (skądinąd po fantastycznym przejęciu i jeszcze lepszym podaniu obiecującego Caquereta) przez Memphisa Depaya sytuacja oko w oko z Manuelem Neuerem oraz strzał w słupek Karla Toko Ekambiego zwyczajnie się zemściły. 

Znakomity, agresywny odbiór piłki środkowych obrońców oraz wzorowe zagęszczenie przestrzeni środka pola, pozwalały drużynie Bayernu wyłącznie na grę bokami. I z takiej oto gry, padła właśnie pierwsza bramka Bawarczyków. Korzystając z niesubordynacji stale opuszczającego swą docelową pozycję w grze obronnej Maxwela Corneta, piłkę za jego plecy posłał Joshua Kimmich. A dalej - kto oglądał, ten wie. Początkowo, obserwując głównie grę obrońców i ścieżkę futbolówkę myślałem, że zdobywcą gola był magicznie zesłany na murawę Arjen Robben. Z błędu wyprowadziła mnie jednak gęsta czupryna Serge’a Gnabriego, bowiem bramka jaką udało mu się zdobyć, przypominała wręcz jeden do jednego firmowe zejścia na lewą nogę wspaniałego Holendra. Przebłysk geniuszu znów okazał się potężniejszy od stałego światła zespołowości. 

Jednak im dalej w las, tym mecz coraz bardziej przypominał półfinał pierwszy, a i Duma Bawarii stopniowo odzyskiwała pewność siebie. I przy drugiej bramce wyzdrowiała całkowicie, bezlitośnie wykorzystując stratę piłki w środku pola. Od tego momentu, maszyna Flicka jakby przeszła w tryb oszczędzania, ze spokojem wyczekując końcowego gwizdka. Dzielni Galowie wrócili na tarczy. Magiczny napój taktycznej perfekcji miał wprowadzić ich do finału, jednak o niebo lepszy i zupełnie nie magiczny okazał się nektar monachijczyków.

Perfekcjonistyczny nektar Wagnera

Sposób Lyonu wydawał się prężny, acz jednak budowany na prędce i skrojony pod jedną misję - Liga Mistrzów. Plan Bayernu jest jak dobre wino, które otworzyć zdołał dopiero Hansi Flick. Tegoroczny sukces Bawarczyków to skutek wieloletniego wyrachowania w budowie zbalansowanego kolektywu. Tego oszukać się nie da. Dwie statystyki - ile ćwierćfinaliści tegorocznej Ligi Mistrzów wydali na swoje wyjściowe jedenastki oraz ile w ciągu 5 ostatnich sezonów wydawało 8 największych klubów ostatnich lat (tę ósemkę tworzą Bayern, Barcelona, Real i Atletico Madryt, Manchester City, Liverpool, Juventus oraz PSG). W zestawieniu pierwszym, półfinałowa jedenastka, na którą Bayern wydał 100,15 milionów euro, znalazła się za odstającymi od światowego topu Lipskiem (92,55 mln €), Lyonem (65,9 mln €) i Atalantą (52,73 mln €). Pozostali, będący daleko w tyle za wymienioną czwórką Atletico, Barca, Man. City i PSG, wydawali odpowiednio ok. 180, 202, 533 oraz 585 milionów euro. W drugim, Bayern z wynikiem 430,75 milionów euro wyraźnie dominuje nad Liverpoolem (572,88 mln €), Realem (678,25 mln €), Atletico (728,61 mln €), PSG (810,6 mln €), Barcą (965,35 mln €), City (986,11 mln €) i Juve (1,001 mld €). 

Te liczby jasno obrazują jaki kurs od lat utrzymuje monachijski klub. Od roztropnej polityki transferowej, wyławiania talentów z krajowego podwórka i stawiania na wychowanków zaczyna się wyrachowanie i wielkość Bayernu. To nie jest zwykła, jednorazowa perfekcja. To skrupulatnie wypracowany perfekcjonizm. Gra w pełni zaplanowana i poukładana, emanująca potęgą i monumentalna, niczym muzyka Richarda Wagnera. 

Wyrachowany Bayern czy Paryż pełen gracji?

Znamy zatem skład lizbońskiego finału. Kto okaże się lepszy, przekonać dane nam będzie już w najbliższą niedzielę. Przewidywać raczej trudno, gdyż obie drużyny rozjechały swych półfinałowych rywali iście po mistrzowsku. Bukmacherzy jednak, chcąc nie chcąc, swojego faworyta zawsze wskazują. Tym razem, według nich będzie to Bayern, na którego zwycięstwo kurs wynosi 2.00. Szanse PSG również nie stoją nisko - przelicznik to 3.35.

Niezależnie od tego, który z zespołów ostatecznie wzniesie trofeum, pewne jest, że będzie w nim Polak. Bowiem oprócz brylującego w ataku Bayernu Lewandowskiego, rezerwowym bramkarzem PSG jest 20-letni Marcin Bułka. Triumf piątego Polaka w najważniejszych klubowych rozgrywkach mamy zatem zagwarantowany.

Na koniec życzenia. Robert Lewandowski jutro skończy 32 lata. Oprócz zdrowia, szczęścia i pomyślności, nic konkretnego życzyć nie ma sensu. Najlepsze, co jeszcze można dla Lewego zrobić, to trzymać kciuki, by w niedzielny wieczór w końcu mógł cieszyć się z upragnionego Pucharu Ligi Mistrzów i hat-trickiem w finale pobić rekordowe 17 goli Cristiano Ronaldo. Tak też uczynić zamierzam i do tego samego zachęcam wszystkich. 

TAGI

Inne artykuły