"Królewscy" wolą pamiętać finał z Atletico niż to, co stało się potem!
Dodał: Michał Ptaszyński
Data dodania: 14-04-2015 14:27
Real Madryt wyszarpał Atletico Madryt wygraną w Lidze Mistrzów w ubiegłym sezonie. W bieżącym obrońca najcenniejszego trofeum w klubowej piłce nożnej z lokalnym rywalem gra jednak fatalnie, a to właśnie Atletico staje teraz na drodze do powtórzenia sukcesu w LM.
Gdy rozgrywany jest ćwierćfinał Ligi Mistrzów, spodziewamy się dużych emocji. Jeżeli dodamy do tego fakt, że już na tym etapie spotyka się obrońca tytułu z finalistą z poprzedniego sezonu, to temperatura meczu dodatkowo wzrasta. Kiedy już trudno wyobrazić sobie ciekawsze spotkanie dowiadujemy się, że tę parę tworzą drużyny z piłkarskiej stolicy świata – Madrytu i jesteśmy pewni, że doświadczymy spektaklu na niesamowitym poziomie.
Real i Atletico, Atletico i Real. Trudno określić, kogo postawić jako pierwszego, kto na ten moment jest większy. Królewscy w lidze są wyżej w tabeli, ale to Atletico nie przegrało jeszcze w tym sezonie bezpośredniego starcia z rywalami zza miedzy. Co więcej, to właśnie podopieczni Simeone są sprawcami porażki, na której myśl całe Madridismo oblewa zimny pot. Na początku lutego popularni Rojiblancos dokonali prawdziwej egzekucji na Estadio Vicente Calderon, gdzie dosłownie zmietli z powierzchni ziemi swoich rywali. Kolejno Tiago, Salu, Griezmann i Mandzukić, pozbawili Blancos jakichkolwiek złudzeń, kto na ten moment góruje w Madrycie, a wynik poszedł w świat. Niektórzy nawet zaczęli określać ekipę z południowego Madrytu za najlepszą na świecie. Co się więc od tego czasu zmieniło?
Zaczynając od Realu, wydawać się może, że katastrofalny występ na Calderon był apogeum kryzysu, z jakim Merengues mierzyli się od początku roku. Od tego czasu podopieczni Ancelottiego grali w kratkę, notując potknięcia w Bilbao i z Villarrealem, co w konsekwencji przyniosło utratę fotela lidera i oglądanie pleców Barcelony. Nie udało się również Królewskim uniknąć porażki na Camp Nou. Występ w Barcelonie dał jednak więcej powodów do optymizmu. Królewscy zagrali bardzo dobre spotkanie, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdzie kompletnie zdominowali podopiecznych Luisa Enrique. Pozostawiając po sobie dobre wrażenie, wykonali pierwszy krok w kierunku zażegnania kryzysu i powrotu na właściwe tory. Od tego spotkania piłkarze z Concha Espina strzelili w trzech spotkaniach 14 bramek, tracąc przy tym tylko jedną. Ronaldo i spółka wyraźnie złapali drugi oddech, o czym świadczy przede wszystkim powrót do formy Portugalczyka, który w ciągu ponad dwóch tygodni zaliczył 7 trafień, w tym 5 goli w genialnym występie na Estadio Santiago Bernabeu przeciwko Granadzie.
Czym więc spowodowana jest poprawa w grze Realu? Odpowiedź nasuwa się jedna. Luka Modrić. Pauzujący od listopada Chorwat wrócił na początku marca do składu i od razu dało się odczuć różnicę w grze Królewskich. Okres bez Modricia naznaczony był brakiem pewności w grze Realu i opieraniem swojej gry na indywidualnych popisach Isco i tridente BBC. Dzięki powrotowi do składu wychowanka Dynama Zagrzeb drużyna w końcu zaczęła grać płynniej, a piłka zaczęła szybciej przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi formacjami. Toni Kroos w końcu nabrał rozmachu, będąc odciążonym przez niziutkiego Chorwata, a Bale żwawiej porusza się po boisku mając świadomość tego, że w każdej chwili może zostać obsłużony doskonałym podaniem ze strony byłego piłkarza Tottenhamu. Nawet sam Simeone na przedmeczowej konferencji pokusił się o stwierdzenie, że „powrót Modricia zwiększa i tak już ogromny potencjał Realu” i dodał, że jego obecność „doda drużynie agresywności”.
Z podopiecznych Simeone po oszałamiającym zwycięstwie nad Realem uszło powietrze i z sześciu następnych spotkań wygrali tylko jedno. Dodatkowo przy olbrzymim szczęściu prześlizgnęli się przez 1/8 finału Ligi Mistrzów, gdzie Bayer Leverkusen postawił Rojiblancos bardzo ciężkie warunki. Kto wie, co by się stało, gdyby Toprak i Calhanoglu w imię tureckiej solidarności, nie pudłowali tego dnia niemiłosiernie w rzutach karnych. Ostatecznie ekipa Colchoneros wyszła z opresji i zwycięstwo to pozwoliło nabrać im wiatru w żagle. Od tego momentu, przez trzy kolejne spotkanie zanotowali czyste konto, zgarniając przy tym 9 punktów i prześcignęli w tabeli Valencię, z którą walczą o miejsce zapewniające bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Obrona znów zaczęła wyglądać jak zapora nie do pokonania i tak jak kiedyś polscy fani mogli mówić o „polskim murze” w Schalke, stworzonym przez Hajto i Wałdocha, tak teraz fani Rojiblancos mogą mówić o urugwajskiej odmianie, w postaci pary Gimenez – Godin.
Jednak postacią, która w ostatnim czasie robi prawdziwą furorę na Estadio Calderon, jest zdecydowanie Antoine Griezmann. Po dosyć niemrawym początku i długiej passie bez strzelonej bramki, w drugiej części sezonu stał się niekwestionowanym liderem pierwsze linii Colchoneros i to on dźwiga na sobie ciężar strzelania bramek przez Atletico. Jest to o tyle dziwne, że tak dobra postawa Francuza odsunęła na drugi plan Mario Mandżukicia, który przecież po przyjściu z Bayernu Monachium, miał być wizytówką nowo budowanej drużyny z Estadio Calderon.
Podsumowując zarówno Real, jak i Atletico podchodzą do spotkania z umiarkowanym optymizmem. Mimo to, zwłaszcza Królewscy powinni się mieć na baczności. W tym sezonie dopadł ich swoisty syndrom rywala zza miedzy, a przegrany Superpuchar Hiszpanii i dwumecz w Pucharze Króla, a także dwie porażki w lidze zdają się tworzyć w oczach fanów ekipy z Bernabeu obraz Atletico, jako drużyny niepokonanej.
Obaj trenerzy z szacunkiem odnosili się wobec klasy rywala, podkreślając jak ciężkie czeka ich wyzwanie i to, że o wszystkim decydować będą detale. Sergio Ramos podkreślał, że „trzeba będzie walczyć do końca”, a Pepe kurtuazyjnie stwierdził: „to będzie również trudne spotkanie dla nich[Atletico]”. Z ciekawszych wypowiedzi można wyłowić m.in. potwierdzenie ze strony Simeone, że to Mandżukić wybiegnie dzisiaj w pierwszym składzie, sadzając na ławce Fernando Torresa.
Jeżeli chodzi o personalia, oba kluby przystąpią do spotkania praktycznie w najmocniejszych składach. W drużynie Simeone do zdrowia zdążyli powrócić, skarżący się ostatnio na urazy, Raul Garcia i Mandżukić. Z kolei Real może liczyć na Bale’a, Khedirę i Coentrao, którzy również narzekali na kontuzje. Do składu wracają także zawieszeni w lidze James i Kroos. Tak więc możemy spodziewać się, że obaj trenerzy będą mogli zaprezentować to, co mają w tej chwili najlepszego w drużynie.
Czego więc spodziewać się po dzisiejszym meczu? Obie ekipy mają ze sobą rachunki do wyrównania, tak więc walki i agresji w tym spotkaniu nie powinno zabraknąć. Pozostaje pytanie , co zadecyduje? Pragmatyzm Ancelottiego czy pasja Simeone, geniusz Ronaldo czy kunszt Griezmanna, a może po raz kolejny to Godin okaże się piłkarzem przechylającym szalę zwycięstwa na swoją stronę? Na te i inne pytanie odpowiedź dostaniemy już dzisiaj, około godziny 23.
Przewidywane składy:
ATLETICO: Oblak - Juanfran, Miranda, Godin, Gamez - Arda, Mario Suarez, Koke, Tiago - Griezmann, Mandżukić
REAL: Casillas - Carvajal, Pepe, Ramos, Marcelo - Kroos, Modrić, James - Bale, Benzema, Ronaldo
Piotr Junik











